piątek, 23 października 2015

Lepiej umrzeć czy stracić tożsamość?

Tytuł: Plaga samobójców
Autor: Suzanne Young
Wydawnictwo: Feeria Young

Sloane jasno zdaje sobie sprawę, że komu jak komu, ale jej nigdy nie wolno pokazać swojej prawdziwej twarzy. A przynajmniej nie do czasu, kiedy wciąż może dopaść ją Program...

Kiedy nastolatki zaczęły masowo popełniać samobójstwa, władze postanowiły zrobić wszystko, by temu zapobiec. Tak narodził się Program - czyli wzorcowy sposób na zapobieganie epidemii. Chora osoba jest zabierana do specjalistycznego ośrodka, gdzie w fachowy sposób zostaje pozbawiona wspomnień, a następnie, po terapii, wraca z powrotem do rówieśników.

Sloane wie już, jak depresyjne myśli potrafią wykończyć człowieka - w ten sposób zginął jej ukochany, starszy brat. Teraz dziewczyna, ze swoim chłopakiem - Jamesem, robią wszystko, by nie podzielić jego losu, ani losu innych chorych dzieci zabranych do ośrodków. Jednak, tłumienie uczuć z dnia na dzień staje się coraz trudniejsze. Coraz trudniej im już pokazywać swoje nieprawdziwe oblicze. W końcu dopada ich depresja...

Suzanne Young to autorka bestsellerowych powieści młodzieżowych, m.in. "The Remedy", "The Recovery", "Hotel Ruby" czy "The Program", Jest nauczycielką angielskiego w jednej z arizońskich szkół. Po sukcesie powieści o Sloane i Jamesie, autorka napisała kontynuację "Plagi samobójców" - "The Treatment".

Są rzeczy, które trwają wiecznie i odrodzą się w każdych okolicznościach.

Nie oszukujmy się - dystopie to aktualnie gatunek powieści na tyle popularny, że chyba nie ma osoby, która nie wiedziałaby, o czym mowa. Na rynku znajdziemy ich tysiące, jedna bardziej zachwalana od drugiej, a wszystkie utrzymane we w miarę podobnym schemacie, nie wyróżniające się zbytnio ani konstrukcją fabuły ani charakterystyką bohaterów. Bałam się, że Suzanne Young jako młoda i niedoświadczona zbytnio w pisaniu autorka nie podoła zadaniu i postawi na jedną z wielu podobnych sobie młodzieżówek. I mimo że według mnie, autorka powinna sporo rzeczy poprawić w kontynuacji, to sam jej pomysł na powieść jest naprawdę oryginalny.

Już sam opis "Plagi Samobójców" w jakiś sposób przekonywał mnie, że lektura będzie nieco inna niż podobne dystopie, to jednak dopiero po skończeniu lektury jestem w stanie stwierdzić, że pomysł z samobójstwami był strzałem w dziesiątkę. Czemu? Przede wszystkim, pani Young poruszyła ważny, a jednocześnie aktualny temat, który dał jednocześnie do myślenia. Tak naprawdę, najczęściej zdarza się, że to właśnie nastolatkowie odbierają sobie życie, czasami z totalnie niezrozumiałych dla innych i niewytłumaczalnych powodów. Pomysł poruszenia tego problemu w książce i nadania mu miana "epidemii" w jakiś sposób niepokoił czytelnika, ale jednocześnie skłaniał do rozmyślań.

Jak to zwykle w dystopii bywa, dużo w niej akcji, mało więc zwraca się uwagę na detale. Tutaj może i Suzanne Young nie popełniła żadnego rażącego błędu, jeśli o kwestię szczegółów chodzi, ale moim zdaniem, mogła o wiele bardziej dopracować sam motyw Programu. Mało powiedziane jest o jego korzeniach, a wszystkie tajemnice zostały skrupulatnie zachowane. Liczyłam na jakieś wielkie zaskoczenie, związane z nim pod koniec powieści, ale niestety nie doczekałam się.

Na szczęście, pani Young autentycznie zaintrygowała mnie losami Sloane i Jamesa - im dalej brnęłam w powieść, tym bardziej ciekawiło mnie jak zakończy się historia tej dwójki. Przede wszystkim dlatego, że autorka znalazła dla nich zupełnie inne rozwiązanie, niż to zwykle ma miejsce w tego typu młodzieżówkach, dlatego sądzę, że akurat ich motyw był bardzo udany.

Plaga samobójców. Program to intrygujący początek dystopijnej serii, która opowiada o tematach zaskakująco aktualnych - o samobójstwie i jego problemie wśród młodzieży w trochę bardziej przyswajalny sposób. I mimo że pod względem technicznym można by jeszcze nieco popracować nad tą powieścią, to pod względem pomysłu, autorka bardzo mnie zaskoczyła. Polecam wszystkim, którzy lubią połączenie dynamicznej dystopii i młodzieżowego romansu.

Za egzemplarz powieści dziękuję Wydawnictwu Feeria Young

piątek, 16 października 2015

Podsumowanie września 2015 + stosik na październik 2015

Pierwszy miesiąc szkoły (a dla studentów - ostatni miesiąc wakacji) już za nami i jeśli to o mnie chodzi, to całe szczęście, że tak jest, bo w końcu teraz będzie już tylko trudniej łatwiej. Myślę, że większość z nas zdążyła też z pewnością już przystosować się do "szkolnego rytmu" - mnóstwo kartkówek, sprawdzianów, prac domowych i tysiąc innych obowiązków, które skutecznie zabierają nam czas. Dlatego, chociaż ten miesiąc do wyjątkowo udanych czytelniczo nie należał, to usprawiedliwiam się jedynie nawałem obowiązków. I jednocześnie wiem, że lepiej może już nie być. Ale, przechodząc do sedna sprawy, zapraszam Was bardzo serdecznie na podsumowanie minionego miesiąca.

Jak było książkowo?

W tym miesiącu mam za sobą 6 pozycji. Zaczęło się od recenzji kolorowanki Crazy Drawings [recenzja], którą miałam przyjemność otrzymać od Crazy Drawings - zachęcam Was wszystkich bardzo serdecznie, do spróbowania owej "terapii antystresowej" jaką są kolorowanki! Ja zdążyłam się w nich już zakochać i chociaż aktualnie czasu mam niewiele, kiedy tylko uda mi się znaleźć chwilę, uwielbiam brać kredki w dłoń i wracać na moment do dzieciństwa :) Następnie, było trochę o polskiej fantastyce, czyli Szary Mag [recenzja] Jarosława Prusińskiego - książka zaskakująco dobra, jak na w miarę początkującego autora, aczkolwiek niekoniecznie idealna. W końcu doczekałam się także kolejnego numeru English Matters [recenzja], interesującego, aczkolwiek, moim skromnym zdaniem, chyba jednak nieco gorszego od numeru 53. Nie mniej jednak, jak zwykle przyswoiłam porządną dawkę angielskich słówek. Mara Dyer. Zemsta [recenzja] Michelle Hodkin, czyli zwieńczenie bestsellerowej trylogii o Marze Dyer była zdecydowanym must have przez ostatnich parę miesięcy. Jak zwykle, pani Hodkin pokazała i te dobre i te groźne oblicze Mary, a fakt, że to już koniec przygody z tą wciągającą trylogią napawa niemałym smutkiem, uwierzcie! Kolejną, małą rozpacz przeżyłam po rozstaniu z trylogią Zatraceni, a konkretniej, po lekturze Wstydu [recenzja] Rachel Van Dyken. Po pierwszym tomie miałam mieszane odczucia co to twórczości tej autorki, ale Toxic i Wstyd skutecznie skłoniły mnie do zmiany zdania :) Miałam także niepowtarzalną okazję zapoznać się przedpremierowo z powieścią Estelle Maskame Czy wspominałam, że Cię kocham? [recenzja], czyli z typowym, mało wymagającym, nie mniej jednak bardzo wciągającym romansem, który z pewnością pokochają wszystkie fanki miłosnych historii :) Momentami, było też trochę strasznie, wszystko dzięki lekturze Wypowiedz jej imię [recenzja] Jamesa Dawsona. Jeśli szukacie powieści z dreszczykiem, to z pewnością powinniście sięgnąć po tę książkę!

Jak było filmowo/serialowo?

Mówiąc krótko, w trakcie trwania września wciąż nie odkryłam w sobie tej nutki zamiłowania do oglądania filmów i ponownie - generalnie rządziły seriale. W końcu, ukazała się notka o 1 sezonie Reign [recenzja], czyli o serialu, który ma wielki potencjał, ze względu na całkiem ciekawy pomysł na fabułę, jednak niestety, pojawiło się tam także sporo minusów. Dodam jeszcze, że mam w planach dodać opinię również o drugim sezonie historii Marii Stuart, jednak nie mogę obiecać, kiedy to się stanie, bo natłok obowiązków, jak z resztą mogliście zauważyć, skutecznie pozbawia mnie czasu na napisanie czegokolwiek :( Przypominam wszystkim fanom "Reign", że od 9 października mamy możliwość cieszyć się 3 sezonem serialu - przede mną dopiero pierwszy odcinek, ale mam nadzieję, że te zaległości nadrobię akurat bardzo szybko! Udało mi się również obejrzeć pierwszy odcinek TO - nie wiem czemu, ale tak jakoś mnie tchnęło do oglądnięcia i jestem póki co pozytywnie nastawiona do produkcji, aczkolwiek zobaczymy, co następne odcinki pokażą :)

Ciekawe brzmienia w tym miesiącu?

Tak naprawdę jedno, który towarzyszyło mi niemal cały miesiąc. Być może ze względu na depresyjną aurę i pogodę, a także rozpoczynający się rok szkolny, ale zakochałam się na nowo w Imagine Dragons, a w szczególności w piosence Demons. Przy okazji, zaczęłam słuchać także paru innych kawałków zespołu i podrzucam Wam klika poniżej :)




Nieśmiertelne Radioactive - prawdopodobnie kiedyś Wam już podrzucałam tę piosenkę, ale cóż poradzę, że tak bardzo ją lubię? <3

Royals znowu na tapecie - jakoś ostatnio naszła mnie ochota na słuchanie dawnych hitów :)

Inne posty?

Z pewnością większość blogerów książkowych zauważyła, że Wydawnictwo Feeria organizowało w zeszłym miesiącu konkurs "Moja książkowa jesień", w którym zadaniem było napisanie wpisu dotyczącego trzech ulubionych powieści na jesień - mój znajdziecie TUTAJ. I mimo że wygrać się nie udało, to przynajmniej ciekawie było zmobilizować się do wybrania trzech najlepszych jesiennych lektur. Wbrew pozorom - łatwo nie było! No i oczywiście świetnie było czytać Wasze posty dotyczące konkursu! :)

Stosik

W tym miesiącu rzecz ma się troszkę inaczej - postanowiłam połączyć podsumowanie i stosik w jeden post, przez co z radością prezentuję Wam teraz nowości na obecny miesiąc :)

Zdobycze recenzenckie, czyli:
1. Ender Lissa Price [egz. recenzencki od Wydawnictwa Albatros]
2. Aplikacja Lauren Miller [egz. recenzencki od Wydawnictwa Feeria]
3. Plaga samobójców. Program, część1 Suzanne Young [jw.]
4. Losing Hope Colleen Hoover [egz. recenzencki od Księgarni Matras]
5. Odrodzona C.C.Hunter [egz. recenzencki od Wydawnictwa Feeria]

Biedronkowe promocje filmowe, czyli:
1. Bardzo poszukiwany człowiek - zobaczyłam na półce i wiedziałam, że muszę mieć; mimo że klimaty trochę mi obce, to fakt, iż film zyskuje zarówno te dobre jak i złe opinie, bardziej zachęcił niż zniechęcił mnie do dania mu szansy :)
2. Gra tajemnic - ten film chyba zdecydowanie można nazwać jednym z najgłośniejszych w ostatnim czasie; nie ma co więcej dodawać - po prostu ręce same się wyrywają po tę produkcję!
3. Igrzyska śmierci. Kosogłos, część 1 - w ramach uzupełniania kolekcji i jednocześnie przypomnienia sobie historii - bo listopad już się zbliża :3

Z książkowych zakupów, w tym miesiącu nabyłam jedynie książkę Jane Austen Mansfield Park, ze względu na piękną okładkę i fakt, że powoli zaczynam kolekcjonować twórczość tej autorki :) Cieszę się, że udało mi się powstrzymać od poważniejszych zakupów, bo w końcu w październiku czekają mnie duże wydatki targowe - mam nadzieję, że to w Krakowie obkupię się za wszystkie czasy xD


A jak minął Wam wrzesień? Dużo nauki i pracy, czy zaczęliście ten rok szkolny raczej spokojnie?

piątek, 9 października 2015

"Ona jedna przeciwko systemowi", czyli świat Starterów i Enderów

Tytuł: Starter
Autor: Lissa Price
Wydawnictwo: Albatros

Callie straciła rodziców, podobnie, jak całe swoje dotychczasowe życie w wojnie bakteriologicznej, w której przeżyli jedynie Starterzy - ludzie, do szesnastego roku życia, oraz Enderzy - ludzie po sześćdziesiątym roku życia. Wraz z bratem Tylerem i najlepszym przyjacielem Michaelem, ukrywają się w zaułkach, by uniknąć losu innych nieletnich, przebywających głównie w specjalistycznych zakładach, w których życie wcale nie przypomina sielanki. W wyniku niespodziewanej katastrofy, Callie jest zmuszona jak najszybciej znaleźć pieniądze na życie dla całej ich trójki, dlatego decyduje się na zgłoszenie się do Prime Destinations - firmy, zarządzanej przez tajemniczego Starego Człowieka, która ma za zadanie wypożyczać ciała młodych Starterów Enderom, którzy chcą raz jeszcze poczuć drugą młodość. Wszystko idzie jak z płatka, dopóki nie okazuje się, że pewnego wieczoru Callie budzi się w życiu Helen - Enderki, zajmującej jej ciało. Dziewczyna nie wie jeszcze, że ta, z pozoru, niegroźna awaria chipa to dopiero początek, bowiem jej Enderka nie miała w planach jedynie dobrej zabawy, a Callie od tej pory będzie zmuszona zdecydować się, po której stronie stoi...

Lissa Price debiutowała w 2012 roku swoją powieścią o świecie po wybuchu wojny bakteriologicznej, Starters, która została sprzedana w ponad trzydziestu krajach i przynosiła autorce międzynarodowy sukces. Od 9 września natomiast, możemy się cieszyć drugą częścią serii w Polsce.

Chcąc nie chcąc, patrząc na moją biblioteczkę, zdecydowaną większość stanowią powieści z gatunku YA i NA, w tym także dystopie, które, przyznam się szczerze, lubię bardzo i to już od dawien dawna. Mimo że nie każda z nich jest ambitna, czy została ochrzczona jako "literatura wysokich lotów", to nie da się zaprzeczyć, że większość z tych historii cieszy się sporym zainteresowaniem i czyta się je z wielką przyjemnością. Dlatego też, z wielką chęcią sięgnęłam po Startera, co do którego miałam jednak ogromne nadzieje, ze względu na dużą ilość pozytywnych recenzji, jakich się naczytałam, zanim sięgnęłam po powieść. Po lekturze mogę z czystym sumieniem zapewnić Was, że jak na dystopię, książka jest naprawdę warta uwagi.

To, co jako pierwsze rzuca się w oczy, to sam pomysł autorki, który intrygował mnie już od momentu przeczytania opisu powieści. Co to za świat, w którym istnieją jedynie najstarsi i najmłodsi? Jak funkcjonuje i jakie są jego prawa? Lissa Price już na początku powieści udowodniła, że jej pomysł na książkę nie ograniczał się jedynie do intrygującego opisu na okładce, ale faktycznie był zawarty w lekturze, a czytelnik z prawdziwą przyjemnością zagłębiał się w kolejne, coraz mroczniejsze sekrety owej dystopijnej wersji Los Angeles.

Podobało mi się również, że autorka w dużej mierze skupiła się na fabule i na jak najlepszym przedstawieniu całej sytuacji głównej bohaterki, jednocześnie umieszczając wiele informacji dotyczących zasad rządzących tamtym światem. Mimo wszystko, po zakończeniu powieści ciągle czuję ogromny niedosyt, związany z ilością ciekawych faktów, oraz tajemnic i mrocznych sekretów, co w sumie jedynie podsyca mój apetyt na kontynuację książki.

Mimo że żaden z bohaterów nie przykuwa szczególnej uwagi, to i tak uważam, że warto chociaż co nieco o nich wspomnieć. Callie od ponad roku mieszka na ulicy, wraz z młodszym bratem i przyjacielem, a zarazem z jedynymi osobami, którym naprawdę szczerze ufa w tym świecie pozbawionym wszelkich reguł. Oferta od Prime Destinations może dla niej okazać się tak samo gwarancją na udane, dostatnie życie w przyszłości, jak i niebezpieczeństwem, związanym z oddaniem swojego ciała w inne ręce. Dziewczyna decyduje się jednak zaryzykować, bo zdaję sobie sprawę z tego, że sytuacja całej ich trójki stała się dramatyczna. Zdecydowanie widać, że Callie można z powodzeniem zaliczyć do grupy "damskich bohaterek" i to takich, które z powodu własnego uporu (a czasami także i głupoty) wywołują coś, czego same nie są w stanie później kontrolować. Nie wiem więc, czy powinnam szczerze gratulować jej odwagi, czy wręcz przeciwnie.

Z innych, równie ważnych, jednak mniej opisanych w powieści postaci, strasznie intrygował mnie Stary Człowiek - osoba odpowiedzialna za zarządzanie firmą Prime Destinations i jednocześnie osoba, która odpowiada za całą sytuację powstałą między Enderami a Starterami. Jego motywacje nie są jednoznaczne, a sam czytelnik nie do końca jest w stanie przewidzieć, co za każdym razem przyjdzie mu do głowy. Z całą pewnością jednak, aura tajemnicy, która otaczała go od samego początku powieści powodowała, że z wielką chęcią poznałabym jeszcze więcej informacji na jego temat.

Jak to zwykle bywa w dystopiach, nie tylko pomysł, ale i realizacja, a więc fabuła powieści, musi być na dość wysokim poziomie. Mam tutaj oczywiście na myśli rozwinięcie akcji, które przecież stanowi główny element książki. Lissa Price skupiła się bardzo mocno na tym, by pokazać sytuację Callie w bardzo szczegółowy, dokładny sposób, z uwzględnieniem wszystkich poczynań dziewczyny, Ku mojemu zaskoczeniu, nie przeszkadzał mi brak zmiany narracji, czy brak konkretnego urozmaicenia na tym polu, bowiem historia Callie wciąga już od pierwszych stron i to tak mocno, że trudno nawet zorientować się, kiedy książkę kończymy i odkładamy na półkę. A uwierzcie mi, dzieje się to naprawdę szybko,

Starter, jak na typową dystopię spisał się całkiem nieźle, biorąc pod uwagę nie tylko świetny pomysł na powieść, ale i jego wykonanie. Lissa Price stworzyła bardzo sugestywną, nawet nieco niepokojącą opowieść, w której, po wielkiej wojnie, przetrwała jedynie rasa Starterów i Enderów i w którym brak jest jakiejkolwiek litości względem drugiego człowieka. Bardzo dobrze poprowadzona intryga i wiele niespodzianek przygotowanych przez autorkę dla czytelnika już od pierwszych stron powodują, że po skończeniu książki mam jedynie ochotę na lekturę Endera. I całe szczęście, że stoi on na mojej półce, bo nie wiem, jak wytrzymałabym zbyt długi okres czasu bez poznania dalszych losów Callie i jej przyjaciół.

czwartek, 1 października 2015

Co się stanie, gdy wypowiesz jej imię?

Tytuł: Wypowiedz jej imię
Autor: James Dawson
Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Foksal/YA!

Bobbie, Caine i Naya na zawsze zapamiętają ów felerny moment, w którym zdecydowali się wypowiedzieć pięć razy JEJ imię. Ta, z pozoru, niewinna zabawa na Halloween, okazuje się jednak dramatyczna w skutkach - już na drugi dzień, cała trójka zaczyna być świadkami wydarzeń, których nie da się wytłumaczyć w żaden racjonalny sposób. Od tej pory, Bobbie wraz z przyjaciółmi będzie zmuszona rozwikłać zagadkę tajemniczej i jednocześnie przerażającej dziewczyny z lustra, bo w przeciwnym wypadku podzieli los innych zaginionych dziewcząt. Czy całej trójce uda się odkryć sekret sprzed kilkunastu lat? Kim tak naprawdę jest Krwawa Mary?

James Dawson jest znanym brytyjskim pisarzem, autorem takich powieści jak Hollow Pike, Cruel Summer, Being a Boy, czy wydanego także w Polsce thrillera młodzieżowego Wypowiedz jej imię. To właśnie za tę ostatnią otrzymał nagrodę Queen of Teen. Kiedy akurat nie pisze, uwielbia oglądać krwawe i przerażające historie, a także słuchać muzyki pop.

Gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, że kiedyś będę zaczytywać się w thrillerze, z pewnością bym go wyśmiała. I nawet pomimo tego, że już na pierwszy rzut oka widzimy, że to powieść przeznaczona głównie dla młodzieży, to i tak kiedyś nawet nie przyszłoby mi do głowy, by zabierać się za tego typu pozycję. To tylko pokazuje, że przez tę parę lat mój gust czytelniczy uległ zdecydowanym zmianom i w chwili obecnej, sięgam po coraz więcej pozycji, po jakie kiedyś w życiu bym nie sięgnęła. Do tej pory jednak nie potrafię stwierdzić, jakie motywacje kierowały mną przy wybieraniu tej powieści. Czy chodziło o liczne opinie, jedne bardziej, drugie mniej pozytywne? Czy o tę jakże świetną, nawiasem mówiąc, okładkę? Nie mam zielonego pojęcia, z całą pewnością wiem jedno - do Wypowiedz jej imię podchodziłam z dużym dystansem i nieco niechętnie zabierałam się za lekturę, ale kończyłam ją z wypiekami na twarzy.

Historię o przerażającej Krwawej Mary zna już chyba każdy - wersji o jej śmierci jest tyle, że trudno stwierdzić, czy któraś z nich w ogóle ma chociażby jakiś niewielki związek z prawdą. Wiemy za to na pewno, że według wielu legend i historyjek Krwawa Mary pojawia się w lustrze, gdy tylko trzykrotnie wypowiemy jej imię i nie ma wobec nikogo przyjaznych zamiarów. To, co się dzieje z człowiekiem po ukazaniu się ducha to już zupełnie inna historia, a teorii do niej wymyślono też niemało :) W każdym razie, ta legenda stanowiła podstawę historii Jamesa Dawsona, a ja miałam szczerą nadzieję, że jedynie na tym pomyśle się nie skończy i autor, oprócz świetnego pomysłu, zaskoczy czytelnika jeszcze niejednym elementem powieści. I na całe szczęście tak się stało, dzięki czemu Wypowiedz jej imię stało się dla mnie jedną z ciekawszych powieści młodzieżowych, jakie dane mi było kiedykolwiek czytać.

"Jeśli miała być całkowicie szczera, to w tym tygodniu po raz pierwszy poczuła, że naprawdę żyje. Zrozumiała, że jej starania mające na celu wmieszanie się w tłum i bycie niezauważaną sprawiały, iż wiodła bezbarwną egzystencję, której monotonię rekompensowała jej jedynie fikcja literacka. Była fikcyjną dziewczyną."

Po tę powieść zdecydowanie powinni sięgnąć wszyscy ci, którzy fascynują się niejasnymi zjawiskami, paranormalnymi historyjkami i, przede wszystkim, samą Krwawą Mery, która stanowiła główny motyw w tej powieści. Bazując na podstawowej wersji tej legendy, pan Dawson rozbudował historię o wiele nowych wątków, co w efekcie końcowym okazało się naprawdę świetnym pomysłem. Większość z nich sprawiała, że włoski stawały dęba, a przeglądanie się w lustrze nagle przestawało się wydawać takim świetnym pomysłem. Nie mniej jednak, oceniając Wypowiedz jej imię teraz, z perspektywy czasu sądzę, że nie jest to książka aż tak straszna, by zafundować Wam bezsenną noc. Zwłaszcza, jeśli duchy na zawsze pozostaną jedynie wytworem Waszej wyobraźni :)

Tym, na co warto zwrócić baczniejszą uwagę jest sposób, w jaki pan Dawson poprowadził akcję. Przede wszystkim, cała historia podzielona jest na pięć głównych rozdziałów, które odpowiadać mają pięciu dniom, które zostały trojgu głównych bohaterów do czasu przyjścia Krwawej Mery. Rozwiązanie okazało się o tyle korzystne, że czytelnik miał szansę wraz z Bobbie i jej przyjaciółmi orientować się w upływającym czasie i próbować rozwiązać zagadkę sprzed lat. Przede wszystkim jednak, autorowi należą się brawa za zbudowanie świetnego klimatu powieści, która rozgrywała się w starej, skrywającej wiele sekretów szkole z internetem, która na pierwszy rzut oka od razu skojarzyła mi się z Hogwartem. Tajne przejścia i korytarze, niewiadome sprzed lat, a do tego krwawa historia, która niczym fatum ciągnie się za szkołą. Wszystko to zwieńczone duchem pojawiającej się w lustrze dziewczyny. Zdecydowanie autor wiedział, jak zapewnić czytelnikowi dużą dawkę wrażeń podczas lektury i chociażby właśnie przez to, po Wypowiedz jej imię jak najbardziej warto sięgnąć.

Przyznam szczerze, że kiedy sięgałam po powieść nie spodziewałam się takiej gamy emocji, jaką otrzymałam podczas lektury. W jednej chwili byłam zaintrygowana, a już w następnej żałowałam, że w ogóle odwróciłam kartkę. Jednocześnie jednak, nie byłam w stanie przerwać lektury, mimo strachu lekkiego strachu na myśl o kolejnych wydarzeniach. Fabuła powieści, niesamowicie rozwinięta i intrygująca, sprawiająca, że czytelnik od zaraz ma ochotę poznać tajemnicę szkoły Piper's Hall, stanowiła równie dobry element powieści, a fakt, że pan Dawson tak sprawnie nią pokierował, zaskakując czytelnika na samym końcu jedynie sprawia, że mam wielką ochotę na kontynuację. Bo, uwierzcie mi, po tym co się dzieje na ostatnich stronach powieści naprawdę można mieć ochotę na więcej.

"Bobbie przyszło do głowy, że może tak właśnie powinno się mierzyć faktyczną długość czyjegoś życia – do momentu śmierci ostatniej pamiętającej cię osoby; dopóki ludzie nie przestaną składać kwiatów na twoim grobie."

Wypowiedz jej imię polecam wszystkim i każdemu z osobna, a w szczególności tym, którzy nie stronią od horrorów i thrillerów, także tych młodzieżowych. Jeśli lubicie czuć ciarki na plecach, czytając straszny fragment w książce - to zdecydowanie ta powieść jest dla Was. Jeśli zaś lubicie niestworzone historie o Krwawej Mery i jesteście ciekawi, jak poradził sobie z nimi James Dawson, to nie powinniście, ale musicie sięgnąć po tę książkę.

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Foksal!

środa, 30 września 2015

Bo jesień+książki=miłość! [Moja książkowa jesień]

Z czym Wam się kojarzy każda z czterech pór roku? Bo ja, mam zawsze następujący podział - zima to śnieg, święta, białe szaleństwo, ewentualnie ferie i narty. Wiosna to ciężka praca (bo drugie półrocze szkolne trwa w najlepsze i roboty jest co nie miara), ale mimo wszystko fajnie jest zrzucić grube kurtki i wełniane swetry i cieszyć się coraz cieplejszym słoneczkiem. Lato? Oczywiście plaża, morze, trochę leniuchowania, wyjazdy, spotkania z przyjaciółmi i (czasami naprawdę nieznośny) upał. Problem mam niezmiernie z jesienią. Odkąd w zeszłym roku po raz pierwszy odwiedziłam Targi Książki w Krakowie, ta prawdziwa, deszczowa, zimna jesień kojarzy mi się z wyjazdem do Krakowa. A, co za tym idzie, z książkami. Niesamowicie dużą ilością książek. Więc kiedy za oknem deszcz i szaruga, kaloryfer ustawiony na maksa (bo zimno i w domu), na szafce obok stoją ogromne zapasy ciepłych napoi, a na nogach najcieplejszy ze znalezionych w pawlaczu kocy, można w końcu otwierać lekturę. Najlepiej taką, która trochę pobudzi do życia, ale jednocześnie da do myślenia. Ja mam takie drobne zestawienie książek, które idealnie wpasowują się w te kryteria, a dodatkowo sprawiają, że zapominam o bożym świecie. Chcecie się dowiedzieć, co to za lektury? Zapraszam więc na Moją Książkową Jesień!
_______

Historia o Czerwonych i Srebrnych, czyli Czerwona Królowa Victorii Aveyard

Jasno zdaję sobie sprawę z tego, że dystopie na rynku wyrastają aktualnie jak grzyby po deszczu i tak, wiem także, że większość z nich przedstawia powielone schematy z poprzednich powieści. Ale wiecie, za co tak naprawdę szczerze pokochałam Czerwoną królową? Za to, że kiedy o 22 otworzyłam książkę, to zamknęłam ją o 6 rano. I możecie mi wierzyć, albo nie, ale oczy dosłownie wychodziły mi z orbit w niektórych momentach, a serce łomotało tak głośno, że chyba nawet sąsiedzi za ścianą słyszeli. Polecam książkę szczególnie tym, którzy do tej pory nie uwierzyli, że dla dobrej lektury można zarwać nockę :) Ja osobiście zarwę ją jeszcze zapewne niejeden raz z tą powieścią, bo po prostu nie da się nie wciągnąć w brutalny świat Norty.

Niech Was niewinna mina nie zwodzi, bo oto Sardothien nadchodzi, czyli Szklany Tron Sarah J. Maas

Nie od dzisiaj wiadomo, że wystarczy jedynie krótka wzmianka o Szklanym Tronie, żebym jak głupia zaczęła rozprawiać o mojej miłości do tej powieści. Dla mnie to jak lekarstwo na wszelkie smutki, bowiem przygody Celaeny można przeżywać od nowa raz za razem, a one wciąż się nie znudzą. Z resztą, sama Zabójczyni to materiał na idealną bohaterkę, o czym również, boleśnie dużo razy wspominałam. Jest waleczna, odważna, cyniczna, zabawna, inteligentna, błyskotliwa... I tak dalej, bo można w nieskończoność. Nie da się jej nie lubić!

Nie każde love story takie straszne, jak je malują, czyli Lato koloru wiśni Cariny Bartsch

I wreszcie książka, którą czytałam już z trzy razy w oczekiwaniu na drugą część. Trzy razy śmiałam się jak głupia. Trzy razy ludzie podróżujący ze mną komunikacją miejską mieli miny, świadczące o tym, że z chęcią wysadziliby mnie na najbliższym przystanku. Trzy razy Lato koloru wiśni okazało się za krótkie, mimo że ma prawie 500 stron. I trzy razy chciałam rzucić książką w ścianę, bowiem jeszcze tyle czasu trzeba czekać na kontynuację. Tak, Lato koloru wiśni powoduje łzy śmiechu, a tylko to jest w stanie prawdziwie mnie uleczyć po ciężkim dniu.

____________
Całość tych cudownych lektur ^^
A post został utworzony w ramach akcji na Faceebooku'u - #jesienzfeeria, przez Feerię Young :) 

A jakie są Wasze typy na idealną książkową jesień? 

niedziela, 27 września 2015

[PRZEDPREMIEROWO] "Czy wspominałam, że Cię kocham?" Estelle Maskame

Tytuł: Czy wspominałam, że Cię kocham?
Autor: Estelle Maskame
Wydawnictwo: Feeria Young

Lato spędzone po raz pierwszy w Santa Monica już na zawsze zapadnie w pamięci Eden. Dziewczyna nigdy nie sądziła, że kiedy w parę lat po rozwodzie jej rodziców, w końcu zdecyduje się na odwiedziny u ojca i jego nowej żony, zdobędzie nie tylko najlepszych przyjaciół, ale i przeżyje największą przygodę swojego życia. Zwłaszcza, kiedy okazuje się, że najstarszy z jej przyrodnich braci, Tyler, nie tylko niezmiernie irytuje, ale i intryguje Eden. A im bardziej nastolatka stara się wyrzucić z głowy myśli o nim, tym natrętniej powracają. Więc kiedy sezon szalonych imprez rozpoczyna się na dobre, dziewczyna daje się porwać wszystkiemu temu, czego wcześniej nie doświadczała - dobrej zabawie i łamaniu zasad. Najtrudniejsze do przebrnięcia, okazuje się jednak rodzące się jednak zakazane uczucie, które powoli przybiera na sile... Jak Eden poradzi sobie w nieznanej sobie dotąd sytuacji? Czy uda jej się powstrzymać coś, co już zdaje się nie do powstrzymania?

Estelle Maskame zasłynęła swoją pierwszą powieścią "Czy wspominałam, że Cię kocham?" na platformie Wattpad, gdzie miliony użytkowniczek uważnie śledziły kolejne rozdziały dodawane przez autorkę. Zaczęła pisać tę powieść w wieku zaledwie 13 lat, kończyła zaś mając 16.

"- Tęskniłem za tobą, Eden. - mówi, jakbym miała być przeszczęśliwa, że człowiek, który zostawił mnie i mamę, tęskni za mną. Może jeszcze powinnam rzucić mu się w ramiona i wybaczyć? Niestety, to nie działa w ten sposób. Wybaczenie to nie jest coś, czego należy oczekiwać. Na to trzeba sobie zapracować."

Nie oszukujmy się - każdy z nas potrzebuje od czasu do czasu solidnej dawki czegoś lekkiego, a jednocześnie uzależniającego, co da nam możliwość przeniesienia się w zupełnie inny świat. Zwłaszcza teraz, kiedy kalendarzowa jesień zaczęła się już na dobre, a za oknem, mimo że wciąż dość słonecznie, to coraz chłodniej, większość z nas chce jeszcze wspomnieć minione lato, powspominać ciepłe, radosne dni. Z taką myślą sięgnęłam po "Czy wspominałam, że Cię kocham?" autorstwa Estelli Maskame, czyli po powieść, która spośród innych ze swojego gatunku nie wyróżniała się specjalnie, a którą mimo to, pochłonęłam w zastraszająco szybkim tempie.

Jak wiecie, osobiście mam bardzo różny stosunek do romansów, bo na wielu (zbyt wielu) z nich mocno się zawiodłam i odstawiłam na półkę z myślą "nigdy więcej". Tak to już jest, że literatura YA i NA dzieli się na trzy grupy - te zaskakujące, te schematyczne, ale do zniesienia i te tak schematyczne, że aż nie do zniesienia. I uwierzcie mi, że po licznych lekturach tychże powieści, mój podział na nie wciąż się nie zmienia, co chyba oznacza, że jest dość trafny :) Myślę zatem, że powieść Estelle Maskame plasuje się gdzieś między pierwszą a drugą kategorią - bo w końcu nie była to powieść z gatunku wybitnych, ale przynajmniej, mimo wszystkich wad, które posiadała, można było spędzić z nią naprawdę przyjemnie czas.

"Wasze życie należy do was, wasza muzyka jest waszą muzyką, wasze wybory są waszymi wyborami, a wasza wódka jest waszą wódką. Nie traćcie czasu na gówniane rzeczy. Róbcie wyłącznie to, co chcecie robić. Włóczcie się po klubach, skaczcie z samolotu, odwiedźcie Bułgarię."

Fabuła "Czy wspominałam, że Cię kocham?" od pierwszej strony schodzi na dalszy plan, zastąpiona licznymi refleksjami głównej bohaterki, która notabene jest typową nastolatką. No, może nie taką typową, bo rzadko można ją spotkać na imprezach, w klubach, czy barach, upijającą się do nieprzytomności. Eden to bardziej zamknięty w sobie typ dziewczyny, dość wstydliwej, miejscami nawet nieśmiałej, ale jednak dość zdecydowanej i stanowczej. Ta ostatnia cecha, podobała mi się w niej najbardziej, bo to ona niejednokrotnie doprowadziła bohaterów do sytuacji, w jakiej znaleźli się pod koniec książki. I mimo że Eden rzadko kiedy nie potrafiła za nic ustąpić, to kiedy coś takiego się działo, oznaczało to, że gra jest naprawdę warta świeczki. A przynajmniej, według niej samej,

Kiedy myślimy "romans" mamy zwykle na myśli jakąś wyidealizowaną historię, która opowiedziana w sposób istnie bajkowy często stanowi dla nas wzór idealnej relacji, jaka powinna się zrodzić między jedną a drugą osobą. Dlatego podoba mi się, kiedy autorzy nie mamią nas takimi baśniowymi klimatami, ale pokazują te relacje takimi, jakie są w rzeczywistości - trudne i skomplikowane. "Czy wspominałam, że Cię kocham?" na szczęście nie jest jedną z powieści z pierwszego gatunku, a opowieścią o dwojgu ludzi, którzy za wszelką cenę chcą pozbyć się tego, co się między nimi narodziło, mając świadomość jak złe i niewłaściwe jest to uczucie, ale w żaden sposób nie potrafią.

"- Co znaczy la breve vita?
- Życie jest krótkie."

Z całą pewnością, na powieści Estelle Maskame zwrócą uwagę młodsi odbiorcy, bowiem język jakim operuje autorka i sposób, w jaki pisze skierowany jest przede wszystkim do nastolatek, chociaż nie wykluczam oczywiście, że i starsi nie zainteresują się powieścią. Sięgając po "Czy wspominałam, że Cię kocham?", nastawiajcie się na lekką i przyjemną lekturę, która wciągnie Was w swój świat na długie godziny :)

Dlatego tę powieść polecam, ale z zastrzeżeniem, by nie oczekiwać od niej nie wiadomo jak ambitnej treści. To typowa młodzieżówka, z gatunku Young Adult, którą pochłania się w tempie błyskawicznym, ze względu (głównie) na relację dwójki głównych bohaterów, która, choć zakazana, bardzo intryguje również czytelnika. Z pewnością książka trafi do wszystkich przedstawicielek płci żeńskiej, aczkolwiek jeśli znajdzie się chłopak, chętny do sięgnięcia po tego typu romans, to oczywiście nie bronię :) Dlatego, jeśli będziecie mieli wybierać sobie lekką lekturę, która będzie dla Was miłym oderwaniem od rzeczywistości w trakcie trwania tych coraz krótszych, jesiennych dni, to serdecznie zachęcam do zakupu "Czy wspominałam, że Cię kocham?".

Za egzemplarz przedpremierowy serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria

piątek, 25 września 2015

2/W świecie seriali: Reign - sezon 1

źródło
Reign (Nastoletnia Maria Stuart)
Gatunek: Dramat, Fantasy
Sezony: 2 (3 będzie miał swoją premierę 9 października 2015)
Obsada: Adelaide Kane - Królowa Szkocji, Maria I Stuart
Toby Regbo - Książę Franciszek II Walezjusz
Megan Follows - Królowa Katarzyna Medycejska
Alan Van Sprang - Król Henryk II
Torrance Coombs - Sebastian "Bash" Valuar

Reign przykuł moją uwagę, od kiedy przypadkowo usłyszałam o nim na fanpage'u Mirror of soul, która wspominała wtedy o swojej wielkiej miłości do tego serialu :) Ja sama z początku nie byłam przekonana - z natury nie jestem historyczką, nie mam ani pamięci do dat, czy ważnych wydarzeń, czy specjalnego zainteresowania do tego. W szczególności zaś nie lubię wszelkiej polityki, zwłaszcza tej średniowiecznej, która raczej słynie z tego, że była dość zagmatwana... Jak więc przemogłam się do tego serialu? Cóż, coraz większa liczba pozytywnych opinii zaczęła spływać na Reign, więc stwierdziłam, że przynajmniej dam mu szansę. Jak wyszło?

źródło
Reign to historia życia nastoletniej Marii Stuart, która po wielu latach pobytu w klasztorze, w końcu przybywa na dwór francuski, by poślubić przyszłego króla Francji - Franciszka Walezjusza. Na jej drodze do szczęśliwego małżeństwa, stoi jednak wiele przeszkód - intrygi i kłamstwa władców, dworskie tajemnice, oraz liczne niebezpieczeństwa czyhające na młodą, niedoświadczoną królową.

Myślę, że nie skłamię za bardzo, już na początku pisząc, że tak naprawdę, serial, mimo że bardzo wciągający, mało ma wspólnego z historią. Twórcy, zachowując jedynie podstawy samego życia Marii Stuart, stworzyli za to bardzo dobry serial przygodowy i fantastyczny, zawierający w sobie także elementy dramatu. Z jednej strony, fajnie, że wykorzystali jedynie imiona postaci historycznych, tworząc coś swojego, z drugiej - skoro już zdecydowali się na stworzenie tego typu serialu, mogliby chociaż trzymać się średniowiecznych norm, od czasu do czasu sygnalizując widzowi, że mimo wszystko ma do czynienia z serialem, który tworzony jest na bazie konkretnych faktów historycznych.

źródło
Cóż, o ile scenografia, mimo iż bardzo wymyślna i bogata, niestety leży pod względem dopasowania jej do czasów średniowiecznych, o tyle sama fabuła jest z cyklu tych, które niektórzy uwielbiają, inni nienawidzą. Czemu? Myślę, że nie skłamię zbytnio, jeśli powiem, że serial w dużej mierze przeznaczony jest dla płci żeńskiej, bowiem (zwłaszcza 1 sezon) obfituje w rozmaite romanse na dworze królewskim, które mają podłoże czysto uczuciowe, ale i polityczne. Jednocześnie, czyni to z Reign trochę takiego "odmóżdżacza" idealnego na wieczór filmowy (a w tym wypadku, raczej serialowy). Nie oczekujcie więc, że dostaniecie serial brutalny i krwawy, bo jeśli jesteście miłośnikami tego typu produkcji, na Reign stanowczo się zawiedziecie.

Mimo wszystko, w fabule oczywiście pojawiają się pewne wątki przygodowe oraz fantastyczne, które w miarę trwania produkcji, coraz bardziej się rozwijają. Nie będę zdradzać za dużo, wiedzcie jedynie, że dwór francuski skrywa więcej tajemnic, niż Wam się wydaje. Nie brak tam zdrad, zarówno wśród koronowanych głów, jak i szlachty oraz służby, wszyscy bowiem mieli coś za uszami, każdy jak najbardziej starał się zatuszować swoje błędy z przeszłości, a jednocześnie odkryć, jakimi niechwalebnymi osiągnięciami może pochwalić się reszta. Widać jednak, że mimo wszystko serial 1 skupia się przede wszystkim na historii miłosnej Franciszka i Marii, zdawkowo jedynie ukazując nam życie całego dworu. Wierzę jednak, że ten wątek się rozwinie, a kontynuacja przybliży życie wszystkich mieszkańców zamku.

Jak już pisałam, scenografia serialu niestety nieco leżała. O ile jeszcze krajobrazy i miejsce akcji były wybrane całkiem dobrze, o tyle trochę niepokoiła mnie ilość świecidełek, błyszczących kostiumów i dających po oczach ozdóbek, które znaleźć mogliśmy w całym zamku. Cóż, jak dla mnie było to mocno przesadzone, podobnie z resztą jak stroje, których z pewnością pozazdrościłyby wielu bohaterom gwiazdy Hollywood. Zarówno suknie, fryzury, czasami nawet biżuteria nie za bardzo odpowiadała tamtym czasom, zbyt dużo było w niej nowoczesności. I mam wrażenie, że wcale nie trzeba być znawcą historii (dla jasności - ja na pewno nią nie jestem!), by wiedzieć takie rzeczy.

źródło
Pierwszy sezon serialu z pewnością nie zachwyca grą aktorską, a na pewno nie dwójki głównych bohaterów. Może i nie jest tragicznie, ale dobrze też nie jest. Cóż, Adelaide Kane i Toby Regbo trzymają poziom młodzieżowego serialu, ale myślę, że jak na średniowieczne standardy, ich gra aktorska jest mocno wymuszona. Moją uwagę zwróciła za to fenomenalna Megan Follows, która zagrała bezwzględną władczynię tak wspaniale, że z trudnością rozpoznawałam w tej aktorce rudowłosą, nieśmiałą Anię z Zielonego Wzgórza. Tak, zdecydowanie Megan zasługuje na oklaski, bo jej rola najbardziej przykuwa uwagę - władcza, pewna siebie, czasami okrutna, zagrana perfekcyjnie.

źródło
Reign to serial, który rozpoczął się z przytupem, ale i wieloma niedociągnięciami, nad którymi trzeba będzie popracować w kolejnym sezonie. Być może nie ujrzymy na ekranie bogatego życia Marii Stuart takim, jakie było naprawdę, ale za to zostaniemy naszpikowani wieloma ciekawymi wątkami, zarówno tymi historycznymi (niestety, w mniejszości) jak i tymi fikcyjnymi. Świetne poprowadzenie fabuły daje nadzieję na wciągającą i dynamiczną kontynuację w postaci kolejnego sezonu, a dworskie intrygi i rozpaczliwa walka o władzę dopiero się rozpoczęły i mam nadzieję, że zakończą się nieprędko.

źródło