Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Green. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Green. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 listopada 2015

"Pójdziesz do papierowych miast i nigdy już nie powrócisz..."

Tytuł: Papierowe miasta
Autor: John Green
Wydawnictwo: Bukowy Las

Quentin Jacobsen, to osiemnastoletni chłopak, które nie wyróżnia się niczym spośród swoich rówieśników. Chodzi do liceum, ma normalną, kochającą rodzinę i dwójkę najlepszych kumpli. A sensem jego życia jest niejaka Margo Roth Spiegelman. Dziewczyna, w której Q zakochał się już w dzieciństwie, kiedy byli przyjaciółmi, a z którą stopniowo tracił kontakt od czasu, kiedy zaczęli dorastać. Jego uczucia względem Margo nigdy się jednak nie zmieniły i kiedy pewnego wieczoru, dziewczyna przychodzi do Q w stroju nindży, jednocześnie chcąc go namówić na nocną wyprawę, chłopak decyduje się towarzyszyć Margo. Następnego ranka, po powrocie z "misji" okazuje się, że dziewczyna znika. Q, zaniepokojony o nią, rozpoczyna poszukiwania, podczas których dowie się, że nie wszystko jest takie, jakim się wydaje, a ludzie potrafią być zupełnie odmieni od naszych wyobrażeń...

Słysząc nazwisko John Green, niemal oczami wyobraźni widzimy empikowe półki z bestsellerami, na których, niczym jedna wielka armia, stoją po kolei wszystkie dzieła autora. Co tu dużo mówić - ten autor zdecydowanie należy do jednego z najbardziej rozpoznawalnych pisarzy literatury młodzieżowej, a jego książki cechuje nieprawdopodobna ilość humoru i życiowych refleksji, zwłaszcza tych związanych z dorastaniem, przemijaniem, przyjaźnią i miłością. Myślę też, że wielu z nas zdaje sobie sprawę, że kto raz zaczął przygodę z książkami Pana Zielonego, zawsze ją kończy, niezależnie od tego, czy ta podróż rozpoczęła się z pozytywnym czy z negatywnym skutkiem. Jeśli o mnie chodzi, zdecydowanie padło na to pierwsze, bo Gwiazd naszych wina do tej pory dumnie prezentuje się na półce i nie zanosi się na to, żeby szybko z niej zniknęło. Papierowe miasta zacząć więc musiałam, no bo przecież całą kolekcję książek tego autora zebrać trzeba i koniec. Jaki okazał się skutek kolejnej przygody z John'em Green'em - pozytywny czy negatywny?

Są takie książki, które czyta się trochę pod presją otoczenia i znajomych, którzy to pod niebiosa zachwalają pozycję, a my czytamy parę stron, kręcimy nosem, uśmiechamy się do "zachwalających", kiwając głową, chociaż tak naprawdę myślimy "co w tym takiego świetnego?". Ale czytamy dalej, bo może im bardziej wkręcimy się w historię, tym ciekawsza, bardziej złożona nam się wyda. I jest dobrze, kiedy tak się stanie. Gorzej, kiedy do skończenia książki pcha nas jedynie nadzieja na to, że będzie lepiej. A finalnie i tak okazuje się, że lepiej nie było. Właśnie takim typem książki okazały się "Papierowe miasta" i czuję się dziwnie, gdy pośród tylu peanów pochwalnych napiszę - niestety, ale tym razem, jeśli o moje oczekiwania względem lektury chodzi, pan Green zdecydowanie się nie popisał.

Historia Margo i Quentina, to historia rodem z wielu młodzieżówek, jednak, co ciekawe, wcale nie to jest największym minusem powieści. Mimo wszystko, miałam nieodparte wrażenie, że Papierowe miasta to taka trochę bardziej nieudolna wersja Szukając Alaski. Zbuntowana dziewczyna, w której zakochuje się nieśmiały, aczkolwiek wyjątkowy (pod względem charakteru oczywiście) chłopak. I na ich drodze stają różnorodne komplikacje do tego, by być razem. Tyle tylko, że finał obu tych historii jest trochę inny. Brzmi podobnie? Dla mnie bardzo.

"Tak trudno jest odejść - dopóki się nie odejdzie. A wówczas to najłatwiejsza rzecz pod słońcem."

Kolejnym minusem powieści był fakt, że przez znaczną część trwania akcji... tak naprawdę akcji nie było. A przynajmniej ja odniosłam takie wrażenie. Tak jak poprzednie książki autora, były wypełnione wielką ilością humoru, życiowych refleksji i przemyśleń, które rekompensowały czytelnikowi znaczny brak wartkiej fabuły, tak w Papierowych miastach zabrakło tego "greenowskiego" sposobu pisania, więc, mówiąc krótko, po prostu wynudziłam się podczas lektury.

Bohaterowie powieści, jak zwykle oryginalni i nietuzinkowi, stanowili chyba najciekawszy element lektury. Q, który z natury był raczej chłopakiem przeciętnym i nie szukał rozgłosu, idealnie nadawał się na narratora powieści - cichy, można powiedzieć, że całkiem skryty, ale jednak czujny obserwator, który uważnie śledzi poczynania innych. Poza tym, był świetnym przyjacielem, a fakt, że biorąc pod uwagę wiek, myślał nad wyraz dojrzale, tylko sprawiała, że trudno było nie odczuwać w stosunku do niego naturalnej sympatii.

Margo natomiast, mimo iż miejscami była postacią intrygującą, ze względu na charakter, ale także zachowanie, potrafiła także być niezwykle irytująca, zwłaszcza wtedy, kiedy miałam wrażenie, że robi wszystko dokładnie tak, aby skomplikować życie dosłownie wszystkim. Po skończeniu lektury, doszłam jednak do wniosku, że mimo wszystko, jak to bohater literacki, miała swoje wady i zalety, na pewno natomiast była wykreowana bardzo realistycznie, co sprawiło, że miejscami łatwo było się z nią utożsamiać i rozumieć jej wybory, czasami zaś, czytelnik mógł odczuwać jedynie irytację, jeśli chodzi o jej nieprzemyślane zachowanie.

"Margo zawsze kochała tajemnice. [...] Nigdy nie opuszczała mnie myśl, że być może kochała je tak bardzo, że sama stała się tajemnicą."

Zakończenie powieści, jak przeczuwałam, odbyło się w typowo "greenowskim" stylu, czyli przepełnione było refleksjami i melancholią, a także niewyjaśnionymi sprawami. Muszę jednak przyznać, że biorąc pod uwagę całość, to chyba właśnie to zakończenie spodobało mi się najbardziej i znacznie podwyższyło moją opinię o książce. I mimo że pozycja raczej nie zalicza się do grona moich książkowych ulubieńców, to ostatnie strony z ich może nieco trudnym do zrozumienia, ale jednak prawdziwym przesłaniem pokazały, że John Green przemycił nieco swoich refleksji do tej powieści, ukazując ją, chociaż przez chwilę, w trochę innym świetle.

"Każdy z nas zaczyna życie jako wodoszczelny okręt. Ale potem przydarzają się nam różne rzeczy - ludzie nas opuszczają albo nas nie kochają, albo nas nie rozumieją, albo my ich nie rozumiemy, więc tracimy, przegrywamy i ranimy się wzajemnie. I okręt zaczyna miejscami pękać. No, a kiedy okręt pęka, koniec staje się nieunikniony."

Mimo że Papierowe miasta nie mogą się nawet równać fenomenowi Gwiazd naszych wina, to w pewnym stopniu jednak je przypominają. Niestety, mam nieodparte wrażenie, że z każdą przeczytaną książką tego autora, jest tylko gorzej, co każe mi przypuszczać, że albo ja wyrastam powoli z tego typu powieści (czego bardzo sobie nie życzę, ale cóż poradzić?) albo po prostu ta książka jest wybitnie słaba (oby nie to drugie). Tak czy inaczej, historia Margo i Q nie zaskoczyła mnie w stopniu, w jakim spodziewałam się, że jest w stanie mnie zaskoczyć, biorąc pod uwagę opis i pozytywne opinie. Nie będę jednak zniechęcać Was do lektury, bo mam wrażenie, że Papierowe miasta to książka na tyle specyficzna, że jedni ją wielbią i chwalą pod niebiosa, drudzy kręcą nosem i mówią zdecydowane "nie", a trzeci (w tym ja), którym historia średnio się podobała, nie potrafią stwierdzić co tak konkretnie było w niej aż takiego złego. Jednak coś było na rzeczy i dlatego, jeśli o mnie chodzi, do lektury Papierowych miast prawdopodobnie nie wrócę.

"Świat pęka w szwach od ludzi, a każdego z nich możemy sobie wyobrazić, tylko że nieodmiennie tworzymy sobie o nich niewłaściwe wyobrażenia."

czwartek, 5 listopada 2015

O metodzie prób, błędów i TEGO

Tytuł: Will Grayson, Will Grayson
Autor: John Green, David Levithan
Wydawnictwo: Bukowy Las

Dwóch Will'ów Greyson'ów do tej pory wiodło w miarę normalne życie z dala od siebie. Jednak pewnego dnia, ich ścieżki się krzyżują i to w całkiem nieoczekiwany sposób. Tak, dwóch nieznajomych o tym samym imieniu i nazwisku, zaczyna wieść nowe, idące w nieznanym kierunku życie. Życie, podczas którego Will pierwszy oraz Will drugi nauczą się, co tak naprawdę znaczy miłość i przyjaźń, oraz poświęcenie dla drugiej osoby.

"Interesujesz się kimś, kto nie może odwzajemnić twoich uczuć, bo nieodwzajemnioną miłość łatwiej przeżyć niż odwzajemnioną."

Myślę, że nie trzeba przedstawiać ani John'a Green'a ani Davida Leviathana żadnemu z Was - obaj pisarze to autorzy książek młodzieżowych, znanych i cenionych bestsellerów. I mimo że to raczej ten pierwszy zyskał w Polsce dużo większą popularność, to dość spory sukces powieści Każdego dnia pana Leviathana także mówi sam za siebie. Zaczynając lekturę, myślałam jedynie, że skoro każdy z nich osobna jest tak świetnym pisarzem, to co też może wyjść z połączenia pracy tej dwójki autorów? Okazuje się, że dzieło, które nijak kojarzy nam się z twórczością jednego bądź drugiego, a raczej z tanią historyjką dla młodzieży, która zdecydowanie nie przypadła mi do gustu.

"[...] masz wpływ na wybór swoich przyjaciół, masz wpływ na kształt swojego nosa, ale nie masz wpływu na kształt nosa swoich przyjaciół."

Co jest takiego złego w Will Grayson, Will Grayson? Z pozoru przecież, zapowiada się na świetną, oryginalną, emocjonalną pozycję, którą koniecznie trzeba mieć na swojej półce. Pamiętam radość, kiedy owa lektura trafiła w me ręce, bowiem nie tylko opis ogromnie skłaniał mnie do sięgnięcia po książkę, ale i świetna okładka, idealnie dopełniająca cykl "greenowskich" powieści, jak zwykle śliczna i oryginalna. Czar prysł jednak, kiedy po kilkunastu stronach książki po prostu nie byłam w stanie wciągnąć się w historię, niemal licząc strony, które pozostały mi do końca powieści.

Po lekturze, najpierw Papierowych miast, a następnie Willa Graysona, Willa Graysona nabrałam wątpliwości nie tylko dotyczące dalszej twórczości pana Zielonego, ale również Davida Leviathana, który już drugi raz rozczarował mnie swoją powieścią. Nie jestem pewna, co jest takiego irytującego w jego stylu pisania - czy wrażenie schematyczności, niemal nudy, które czuć już od momentu wprowadzenia jego postaci, czy słaby warsztat, jaki autor posiada, jednak zdecydowanie jego książkom czegoś brakuje, i to czegoś istotnego. Coraz bardziej dochodzę do wniosku, że przede wszystkim praktyki w pisaniu, bo to, co trzeba Leviathanowi oddać, to pomysł i potencjał, którą czuć zarówno w Każdego dnia, jak i w Willu Graysonie, Willu Graysonie. Obawiam się jednak, że i jedno i drugie nie zostało jeszcze ani razu w stu procentach wykorzystane.

Nie ukrywam jednak, że w mojej opinii, obaj autorzy wybrali sobie naprawdę ciężkie tematy do przedstawienia, i może to był właśnie problem tej powieści? Wydaje mi się, że i Green i Leviathan po prostu nie podołali poprzeczce, jaką sobie postawili. Bowiem przedstawienie miłości, w różnych jej odcieniach (również tych homoseksualnych) wbrew pozorom nie należy do łatwych zadań, w szczególności, jeśli chcemy wpleść taki temat w fabułę powieści. I to w dodatku powieści YA, a więc takiej, która ma za zadanie przekazać nastolatkom ważne wartości, którymi powinni kierować się w życiu.

"Nie ma w tym nic obraźliwego. To po prostu cecha. Niektórzy są gejami, a niektórzy mają niebieskie oczy."

Jeśli zaś chodzi o samą fabułę powieści, to mimo że dość skomplikowana i skłaniająca do refleksji, niestety nie wciągnęła mnie i nie poruszyła na tyle, bym po lekturze powieści stała się bogatsza w jakiekolwiek przemyślenia. Pewna schematyczność lektury także mówi sama za siebie. Mam wrażenie, jakby to była powtórka z rozrywki, a więc ponowne wałkowanie tych samych tematów, które były zawarte w Papierowych miastach i Szukając Alaski. I o ile ta ostatnia bardzo mi się spodobała, ze względu na jej, oryginalny wówczas charakter, tak już kolejne powieści spod pióra pana Green'a były coraz gorsze, niestety. A szkoda, bo w Willu Graysonie, Willu Graysonie pokładałam naprawdę ogromne nadzieje.

Mimo wszystko, książka nie składała się jedynie z samych negatywnych aspektów. Warto było przebrnąć przez te niemal 300 stron, by doczekać bardzo emocjonalnego finału, który, co przyznam bez bicia się, powalił mnie na kolana i pozwolił ujrzeć historię (chociaż na chwilę) w trochę jaśniejszym świetle. Wspomniany w oryginalnym opisie "szalony i spektakularny musical", rzeczywiście był emocjonalną bombą, na którą czekałam całą powieść, a więc trochę za długo. Nie uratował on co prawda powieści, ale sprawił, że nie spisałam jej całkowicie na straty.

O bohaterach książki niewiele mogę powiedzieć, być może dlatego, że żaden z nich nie przykuwał szczególnej uwagi i nie był typem postaci, którego z chęcią wyjęłabym żywcem z książki i sprowadziła do realnego świata, jak to często zdarzało się w przypadku innych powieści Green'a. Jednak, chyba najbardziej oryginalną postacią był Cooper, który, chociaż z początku mało wyrazisty, z czasem coraz bardziej intrygował i rozśmieszał, stanowiąc bardzo ciekawą postać. Przez wiele cech, które co prawda różniło go od innych swoich rówieśników, ale jednocześnie czyniło jeszcze bardziej zabawną postacią, po prostu zżyłam się z jego tekstami i cudownym stylem bycia. Świetna, barwna osoba, która zdecydowanie nadawała książce nieco bardziej pozytywnego akcentu.

Mimo paru plusów książki i tych jej "jaśniejszych" stron, wciąż jednak obstawiam przy mojej negatywnej ocenie względem powieści. Will Grayson, Will Grayson to chyba jedno z największych rozczarowań książkowych w tym roku - zapowiadała się lektura, jakiej nie zapomnę przez całe życie i w sumie, tak się stało, chociaż w negatywnym tego słowa znaczeniu. Dawno bowiem tak bardzo nie wymęczyłam jakiejś powieści i dawno nie czułam tak przemożnej ochoty, by zamknąć książkę, odłożyć ją na półkę i nigdy do niej nie wracać. Naprawdę żałuje, że tym razem Green i Levithan zawiedli na całej linii, bo liczyłam, że z połączenia twórczości dwóch, tak znanych i cenionych pisarzy wyjdzie wielka emocjonalna bomba. Niestety, tak się nie stało i dlatego odradzam lekturę tej książki - chyba, że macie ochotę na banalną, do bólu schematyczną historię.

wtorek, 23 grudnia 2014

Nie ma to jak bardzo śnieżna noc!

 Tytuł: W śnieżną noc
Autor: Maureen Johnson, John Green, Lauren Myracle
Wydawnictwo: Bukowy Las

Są Święta Bożego Narodzenia - nam kojarzące się z pięknie udekorowaną choinką, mnóstwem śniegu za oknem, ze świątecznie nakrytym stołem, całą rodziną zasiadającą przy nim i wesoło gawędzącą o tym i o owym. Jednak bohaterowie tej powieści, przeżywają ten czas nieco inaczej. Jubilatka, przez pewne niespodziewane okoliczności, zmuszona jest wyruszyć do dziadków na Florydę. Zanim jednak tam dotrze, dopada ją zamieć śnieżna, w efekcie której dziewczyna przeżywa przygodę, jakiej się nie spodziewała. Tobin razem z przyjaciółmi, JB i Diukiem, spędza za to Wigilię przed telewizorem. Jeden niespodziewany telefon powoduje, że całą gromadką, wyruszają poprzez zaspy i zamieć do Waffle House, by spotkać się z pewnymi cheerleaderkami i.... by zagrać z nimi w Twistera. Addie, po rozstaniu z ukochanym chłopakiem, nie widzi żadnej przyjemności w nadchodzących Świętach. Jednak kiedy przychodzi jej odebrać pewną miniaturową świnkę ze sklepu, nagle dziewczyna dowiaduje się więcej rzeczy o sobie, niż kiedykolwiek w swoim życiu...

John'a Green'a znamy wszyscy, prawda? A nawet jak nie znamy, to pewnie słyszeliśmy o nim. Autor bestsellerowej powieści "Gwiazd naszych wina", na której podstawie powstał film z Shailene Woodley i Anselem Elgortem w rolach głównych.

Z twórczością Maureen Johnson i Lauren Myracle dopiero miałam przyjemność się zapoznać. Maureen Johnson, autorka takich książek jak "13 małych błękitnych kopert", czy "Wakacje z piekła", jest autorką "Podróży Wigilijnej", pierwszego z opowiadań, natomiast Lauren Myracle do tej pory znana w Polsce przede wszystkim z książek z serii "Urocze Trio", napisała ostatnie z opowiadań - "Święta Patronka Świnek".

Już od pierwszego wejrzenia, pierwszego podchwycenia tytułu "W śnieżną noc" po prostu wiedziałam, że muszę tę książkę dostać. Rzadko miewam tak silne przeczucia, ale tym razem coś w środku podpowiadało mi, że ta pozycja będzie naprawdę czymś zniewalającym i genialnym. Poza tym opis z okładki zdecydowanie zachęca potencjalnego czytelnika - jest w nim coś ciepłego, jakaś przygoda, która kryje się za tymi słowami. Nie ukrywam, że także okładka zachęciła mnie do przeczytania tejże pozycji - utrzymana w świątecznych kolorach, od razu skłania do lektury. Wszystko to sprawiło, że natychmiast po otrzymaniu pozycji, rozpoczęłam czytanie. I jak na tym wyszłam?

"Zamiast odpowiedzieć, Debbie wstała i ukroiła dla mnie gruby kawałek ciasta. I to naprawdę gruby. Taki jak siódma część przygód Harry'ego Pottera. Mogłabym powalić włamywacza tym kawałem ciasta. Ale gdy go spróbowałam, wydał mi się całkiem odpowiednich rozmiarów."

Historie, jakie przedstawia ta trójka autorów są bardzo prawdziwe i piękne i myślę, że to jest zasadniczy plus tej książki. Ani John Green, ani Maureen Johnson, ani Lauren Myracle nie podążają schematycznymi ścieżkami, jakimi coraz częściej podążają autorzy - oni tworzą własne, niepowtarzalne, niesamowite, a jednocześnie tak zwyczajne historie, które czarują swoją prostotą. Myślę, że na tym właśnie opiera się fenomen tej książki - ci autorzy wiedzą, jak operować światem przedstawionym, aby go nie przesłodzić, ale też nie sprawić, by był on zbyt nudny.

Cała fabuła książki, opiera się na przygodach z Wigilii i pierwszego dnia Świąt Bożego Narodzenia. Przygoda z każdej z historii jest inna, daje także do myślenia w inny sposób, ale każda z nich jest niezwykła. Jednak mimo wszystko uważam niezmiennie, że John Green jest po prostu mistrzem w tego typu książkach i dlatego "Bożonarodzeniowy Cud Pomponowy" spodobał mi się najbardziej. Z resztą ta nutka szaleństwa, która zawsze cechuje bohaterów jego książek, jest po prostu nie do przebicia i to także dlatego, jego opowiadanie wydaje mi się najciekawsze.

"Jestem dziewczyną - podkreśliła Diuk. - Nie ma nic gejowskiego w tym, że pociągają mnie mężczyźni. Gdybym powiedziała, że ty masz seksowne ciało, to by było gejowskie, bo jesteś zbudowany jak kobieta.
- Ale go pojechałaś - wtrąciłem.
Diuk przeniosła wzrok na mnie i dodała:
- Choć w porównaniu z tobą JP to niedościgniony wzór męskości." str. 124

Skoro już o postaciach mowa, to tutaj należą się gromkie brawa i pokłony dla wszystkich autorów. Wykreowali bohaterów, o jakich w życiu mi się nie śniło - oni byli tak realni, a jednocześnie tak pozytywnie nienormalnie, że tylko ta trójka mogła dokonać takiego cudu i stworzyć ich jako takie osoby. Nie było w nich ani grama sztuczności, czy cukierkowatości, dzięki czemu trzeba dosłownie paru zdań, by zaskarbili sobie moją sympatię. Na głos śmiałam się, słuchając dialogów Tobina i Diuk, zastanawiałam się, co tu począć, przeżywając historię Jubilatki i Stuarta, a same tylko odbieranie miniaturowej świnki ze sklepu zoologicznego przyniosło niespodziewaną falę zadumy.

Dopiero po przeczytaniu tej pozycji, zdałam też sobie sprawę, ile faktycznie radości może przynieść śnieżyca. Nam, kiedy stoimy w korku i wleczemy się wolno autobusem, wydaje się, że ten gęsto spadający na jezdnię biały puch to koniec świata, a tu proszę - bohaterowie "W śnieżną noc", jak na tytuł przystaje, nie tylko sobie jakoś ze śnieżycą radzą, ale też staje się ona dla nich pretekstem, do przeżycia cudownej przygody! Dlatego motyw zamieci w tej książce jest bardzo fajnym elementem i wprowadza czytelnika w świąteczną i radosną atmosferę.

"Miał na sobie rozciągnięty, błękitny, jednoczęściowy kombinezon ze zwężanymi nogawkami, a na głowie czapkę z nausznikami.
- Wyglądasz jak zboczony drwal, który lubi przebierać się za dziecko - stwierdziłem." str. 133

Bez wahania i jakichkolwiek wątpliwości, stwierdzam - tak, uwielbiam tę książkę. I tak, chcę, by ta trójka autorów napisała takie historie na każdą porę roku, bym mogła je czytać przez cały rok. Póki co, wiem jednak, że z moim egzemplarzem nigdy, przenigdy się nie rozstanę i co zimę, przed świętami, będę sobie przypominać pewną miniaturową świnkę, wędrówkę do cheerleaderek w Waffle House i kąpiel w przeręblu :)

"- Trudne sytuacje wymagają trudnych rozwiązań - odrzekła." str.145

__________________________
Kochani, podejrzewam, że jeszcze życzenia będę składać Wam na FB, ale zapewne tutaj, na blogu pojawię się dopiero po świętach (lub pod koniec ich trwania, zobaczymy, jak to wyjdzie) - zatem życzę wszystkim radosnych, pogodnych, spokojnych, spędzonych w dużym lub małym, byle rodzinnym gronie, bogatego Mikołaja, który obdaruje Was tym, czym chcecie (a wiem, że w większości, będą to książki :)), śniegu (oj tam, warto wierzyć w cuda!) i pysznego jedzonka na ten czas!

źródło
Całuję Was bardzo gorąco! :)

sobota, 26 lipca 2014

Nasza to, czy gwiazd naszych wina?

Założę się, że nie ma wśród czytelników takiej osoby, która choćby słowem, nie słyszała o zyskującej coraz to nowsze rzesze fanów powieści Johna Greena pt. "Gwiazd naszych wina". Jak pewnie wiecie, niedawno miała miejsce także premiera filmu, który powstał na podstawie bestsellerowej książki. Postanowiłam więc połączyć obie rzeczy i dzisiaj będzie trochę zarówno o lekturze, jak i o ekranizacji. Zapraszam:

 Książka

Tytuł: Gwiazd naszych wina
Autor: John Green
Wydawnictwo: Bukowy Las

"Miliony fanów, dwa lata na listach bestsellerów, a wreszcie ekranizacja. Kto by się tego spodziewał po ambitnej powieści o dwojgu młodych ludzi, którzy spotykają się w grupie wsparcia dla chorych nastolatków. Dziewczyna o imieniu Hazel, która ma szesnaście lat i nowotwór, poznaje tam Augustusa, niewiele starszego od siebie chłopaka. Ich wspólna historia nikogo nie pozostawia obojętnie."

John'a Green'a nie trzeba chyba nikomu przedstawiać - nagrodzony licznymi nagrodami autor, oraz właściciel popularnego wideobloga, który prowadzi wraz z bratem Hankiem. Aktualnie mieszka w Indianapolis, razem z żoną i dziećmi.

Życie Hazel nigdy nie było zbyt ciekawe - chora na raka tarczycy, z przerzutami do płuc od kiedy skończyła trzynaście lat, wycofana z wszelkiego życia towarzyskiego nastolatka, która nałogowo ogląda American's Next Top Model. Mama dziewczyny w końcu decyduje, że Hazel ma zacząć żyć jak normalna nastolatka i zapisuje ją na zajęcia grupy wsparcia. Podczas jednych ze spotkań, dziewczyna poznaje tam Augustusa, chłopaka w swoim wieku, który rozpoczyna nowy etap w życiu Hazel.

Choroby, a zwłaszcza te nowotworowe czasami przewijały się w książkach, które czytałam i nigdy jakoś specjalnie mi nie przeszkadzały. Kiedy jednak miałam się zabrać za "Gwiazd naszych wina", którego tematyka (jakby nie patrzeć) to głównie nowotwór, czyli bardzo przykra sprawa, miałam złe przeczucia. Do tego, wiedziałam już, że styl pisania pana Green'a jest miejscami nieco "płaczogenny" więc bałam się, że wbrew opisowi, zamiast ambitnej książki, wyjdzie z tego po prostu tani wyciskacz łez. Nic bardziej mylnego! John Green stworzył zupełnie inny rodzaj powieści, niż bym się mogła spodziewać - wzruszający, zabawny, a przede wszystkim prawdziwy.

Już od początku książki, można było poczuć klimat, który, zdaje mi się, potrafi wykreować tylko John Green. Mimo, że o bohaterach na początku nie wie się nic, to po jednej stronie, miałam wrażenie jakbym znała ich od zawsze. A przynajmniej Hazel. Łatwość, z jaką polubiłam główną bohaterkę, a potem niemal utożsamiałam się z nią, dosłownie mnie przerażała.

Augustus to dosłownie jeden z najbardziej niesamowitych bohaterów, o jakich kiedykolwiek miałam przyjemność czytać. Był szczery do bólu, zabawny, a jego anegdoty spisałam sobie nawet na kartce. Czasami myślę, że tak jak literaturze potrzebni są dobrze pisarze, tak książkom potrzebni są tacy bohaterowie. Bohaterowie, którzy nikogo nie pozostawią obojętnym.

Isaac cudownie uzupełniał powieść, a sposób, w jaki traktował swoją chorobę, chyba nawet umierającego napawałby optymizmem. Jego wewnętrzne dylematy, niedyskretne wtrącenia i po prostu - cudowny styl bycia, to coś, czego nie można zapomnieć.

Niewątpliwym plusem książki są dialogi. To, że zabawne to już pewne, ale przede wszystkim ambitne. Nawet te z pozoru zwykłe, codzienne, zawierają w sobie jakieś mądrości, co tylko potwierdza moją opinię, że bohaterowie mimo młodego wieku, przeszli naprawdę bardzo wiele - nie tylko fizycznie ale i psychicznie.

Zakończenie powieści kompletnie zwaliło mnie z nóg, nie miałam po nim ochoty na nic. I nie, nie z powodu smutku, jaki we mnie wywołało (chociaż to pewnie po części także) ale przede wszystkim dlatego, że takie historie zdarzają się każdego dnia, może nawet koło nas, a mimo to nie zauważamy ich. Można więc powiedzieć, że może po części nawet cieszę się z takiego rozwiązania i zakończenia tej historii - bo pozwoliło mi dostrzec drugą, tę mniej wesołą stronę nowotworu.

Książka ta jak najbardziej zasługuje na miano bestselleru, a moim zdaniem nawet na więcej. Jednak wydaje mi się, że nie z powodu historii, jaką opowiada, ale z powodu wniosków, jakie możemy z niej wyciągnąć.

Recenzja napisana także dla portalu literatura.juventum.pl
Książkę otrzymałam od portalu literatura.juventum.pl

Ekranizacja

Tytuł: Gwiazd naszych wina
Reżyseria: Josh Boone
Wytwórnia filmowa: 20th Century Fox
Obsada:
Hazel - Shailene Woodley
Gus - Ansel Elgort
Isaac - Nat Wolff

Ekranizacja "Gwiazd naszych wina" budziła już od początku zarówno radość (fanów książki) jak i kontrowersje (dotyczące autorów). Mimo wszystko, każdy, kto przeczytał książkę i zdawał sobie sprawę z jej fenomenu, wiedział także, że podobną popularnością cieszyć się będzie film. A także, że pojawi się na nim sporo tzw. "pseudofanów" (lub jak ja wolę - żółtodziobów :)) którzy nie zapoznawszy się nawet z książką, przyszli na film tylko po to, bo po prostu był wokół niego wielki szum.

Bez bicia przyznaję się, że ja także poszłam na film kompletnie nieprzygotowana, nie zapoznawszy się uprzednio z książką. Bolało mnie to jak nie wiem co, a na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że naprawdę byłam (dosłownie i w przenośni) zawalona innymi powieściami i "Gwiazd naszych wina" jakoś umknęło mi w ich natłoku.

Mimo wszystko, już od początku historii wciągnęłam się w nią niesamowicie, na tyle, że dosłownie śmiałam się na głos z (nawet tych najgłupszych!) żartów i płakałam chyba najgłośniej na sali (mówię poważnie, chlipałam tak, że w pewnym momencie, czułam, że to aż śmieszne!). Kompletnie oczarował mnie klimat filmu, aktorzy, wydarzenia, dialogi (które wtedy słyszałam po raz pierwszy) i przede wszystkim - autentyczność filmu. Cały czas miałam wrażenie, że sceny są naprawdę "z życia wzięte" i tylko ukryta kamera je filmuje - co tylko dowodzi świetnej gry aktorskiej.

No właśnie, przechodząc do aktorów - czy tylko ja, po późniejszym zapoznaniu się z lekturą miałam wrażenie, że idealnie ich dobrali? Być może jest to zasługa schematu film-książka, ale mimo wszystko lepiej nie mogłabym obsadzić głównych bohaterów.

Shailene Woodley świetnie odnalazła się w roli Hazel. Miała ciekawą mimikę twarzy - czasami mimo tego, że nic nie mówiła, potrafiła doskonale pokazać emocje bohaterki.

Ansela Elgorta w roli Gusa nie może chyba nic pobić. On z kolei, przypominał mi książkowego bohatera, przede wszystkim z głosu, który wydawał się być szczery i wiecznie wesoły.

Podobały mi się także sceneria, szczególnie ta w Amsterdamie. Piękna rzeka, słynna kolacja w restauracji... Wszystko prezentowało się świetnie i było dopięte na ostatni guzik.

Właściwie, nie mam już nic do dodania, bo wszystko co chciałam, napisałam. Może tylko, zabrakło mi wspomnienia o dawnej miłości Gusa, ale to mały minus, dosłownie tonący w morzu plusów. Może także dlatego, że jestem dziewczyną, ta historia poruszyła mną bardziej, jednak nie zmienia to faktu, że każdy powinien się z nią zapoznać - bo pokazuje trudną walkę z chorobą, w przystępny, wzruszający i zabawny sposób.


__________________
To by było na tyle :) Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam ;) A co Wy sądzicie o ekranizacji i książce?

wtorek, 6 maja 2014

"Szukając Alaski" John Green

Tytuł: Szukając Alaski
Autor: John Green
Wydawnictwo: Bukowy Las


"Życie Milesa Haltera było totalną nudą aż do dnia, gdy zaczął naukę w równie nudnej szkole z internatem. Wtedy spotkał Alaskę Young. Piękną, inteligentną, zabawną, seksowną i do bólu fascynującą. Alaska owinęła sobie Milesa wokół palca, wciągając go do swojego świata i kradnąc mu serce. Czy dzięki niej chłopak odnajdzie to, czego szuka? Wielkie Być Może - najintensywniejsze i najprawdziwsze doświadczenie rzeczywistości.
Głęboko poruszająca książka Johna Greena, porównywana z przełomowym Buszującym w zbożu J.D. Salingera, to powieść o myślących i wrażliwych młodych ludziach. Zbuntowanych, szukających intensywnych wrażeń i odpowiedzi na najważniejsze pytania: o miłość, która wywraca świat do góry nogami, o przyjaźń, której doświadcza się na całe życie."

John Green jest jednym z najpopularniejszych obecnie autorów literatury młodzieżowej, młodym twórcą światowych bestsellerów. W USA został uznany pisarzem roku 2012, a jego książki niedawno figurowały na listach bestsellerów "New York Timesa".

Miles Halter nigdy nie miał zbyt wielu przyjaciół, nie był popularny ani szczególnie lubiany. I w sumie niezbyt się tym przejmował. Gdy przyszło mu podjąć swoją pierwszą w życiu decyzję, przeniesienie do innej szkoły, rodzice niezbyt cieszyli się na myśl o tym pomyśle. Miles jednak uparcie obstawiał przy swoim, i wkrótce przeniósł się do nowej szkoły z internatem. To właśnie tam poznał osobę, która zmieniła jego życie pod każdym możliwym względem i nauczyła go najważniejszych jego prawd - Alaskę Young. Jak mogą potoczyć się ich losy? Czy Miles dzięki niej odnajdzie Wielkie Być Może?

"Spędzasz całe swoje życie w labiryncie, zastanawiając się, jak któregoś dnia z niego uciekniesz i jakie niesamowite to będzie uczucie, wmawiając sobie, że przyszłość pomaga ci przetrwać, ale nigdy tego nie robisz. Wykorzystujesz przyszłość, aby uciec od teraźniejszości."

O książce słyszałam praktycznie od czasu jej premiery i szczerze powiem, że z początku wcale nie miałam ochoty jej przeczytać. Wydawała mi się po prostu kolejnym bestsellerem, który osiąga rzesze fanów za właściwie nic konkretnego. Gdy jednak dowiedziałam się o niej nieco więcej od mojej koleżanki, od której z resztą wkrótce potem otrzymałam pozycję na urodziny, sięgnęłam po nią z dużo większą dawką pozytywnych emocji. Jakie są moje odczucia po przeczytaniu pozycji?

Gdy przerzucałam pierwsze strony powieści, już czułam, że ta książka będzie inna. Autor zbudował trudną do opisania, niezwykłą atmosferę, która towarzyszyła mi przez całą lekturę, a samym językiem umiejętnie kreował świat przedstawiony. Co ciekawe, nie mamy w tej powieści do czynienia ze skomplikowanymi zwrotami, czy oficjalnymi pismami. Język jest jak najbardziej młodzieżowy i prosty, za co jeszcze bardziej uwielbiam autora - wykreował "coś" z niczego. Warto też wspomnieć o trafnych porównaniach i realności książki - niby zwykła historia, która oczarowała mnie jednak w zupełności i pozostawiła nutkę niedosytu.

"Oto właśnie jest strach: zgubiłem coś ważnego i nie potrafię tego odnaleźć, choć tak bardzo tego potrzebuję. To jest strach podobny do tego, którego doświadczyłby ktoś, kto zgubił okulary i poszedł do optyka, a tam powiedzieliby mu, że na świecie zabrakło okularów i będzie musiał radzić sobie bez nich."

Zwykle uwielbiam książki z wartką akcją i dużą ilością przygód głównych bohaterów. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po skończeniu lektury uświadomiłam sobie, że właściwie fabuła nie pędziła tutaj do przodu, a mi wcale to nie przeszkadzało. Nie wiem jak, nie wiem kiedy ale pan Green z każdą stroną czarował swoim stylem pisania, a ja naprawdę uległam temu czarowi. Poza tym nie sądziłam, że jakiemukolwiek autorowi uda się zmieścić tyle humoru, powagi i nietuzinkowych historii w jednej powieści - a jednak, tutaj się to udało. Momentami śmiałam się, momentami wzruszałam, momentami ogarniało mnie uczucie melancholii - można więc śmiało powiedzieć, że książka oddziałuje na emocje i to w naprawdę ogromnym stopniu.

Główny bohater książki, Miles, cechował się jedną, niespotykaną umiejętnością - zapamiętywał ostatnie słowa znanych ludzi. Był typem chłopaka żyjącego na uboczu - nie wtrącał się w życie innych, nie pragnął uwagi innych, a nawiązywanie nowych znajomości szło mu z wielkim oporem. Miał swoje idee, którymi w życiu się kierował, a także zmierzał do jednego konkretnego celu - odnalezienia Wielkiego Być Może. Jako narrator powieści, wniósł do niej bardzo dużo, a z jego przemyśleń, czytelnik nierzadko miał okazję wysnuć jakieś wnioski.

Alaska to postać, która absolutnie mnie urzekła. Była normalną dziewczyną, taką, jakich wiele, ale pod warstwą nieposłusznej, fascynującej nastolatki kryła się artystyczna i wrażliwa osobowość, pełna wątpliwości i pytań do tego świata. Alaska fascynowała przede wszystkim stylem bycia - niespotykanie wręcz pozytywnym i pełnym radości, ale też sprytem, chęcią wykazania się. Zdawała się zawsze wyglądać świetnie, ale nie przywiązywała do tego zbyt wielkiej wagi. Miała osobowość, która zapada w pamięć na bardzo długi czas.

"Wszyscy palicie dla przyjemności. Ja palę po to, aby umrzeć."

Nie sposób nie wspomnieć o jeszcze jednej osobie, która tworzyła swoiste uzupełnienie całego "składu". Mowa tutaj oczywiście o Pułkowniku - najlepszym przyjacielu tej dwójki. To on wcielał większość planów Alaski (nie powiem jakich dokładnie, żeby Wam za dużo nie zdradzić :)) w życie i zarządzał wśród tej grupki. Podobnie jak Alaska był nietypowym charakterem - a po konkrety odsyłam do książki, z której dowiecie się dużo więcej.

Podsumowując, muszę powiedzieć, że "Szukając Alaski" urzekła mnie swoim klimatem i cudownymi bohaterami. Pokochałam styl pisania pana Greena i już teraz wiem, że sięgnę po kolejne jego książki. A tym, co jeszcze się z książką nie zapoznali, radzę jak najszybciej zmienić ten stan rzeczy.

Moja ocena: 10/10 i 10 gwiazdek:
★★★★★★★★★★

Wyzwania: Rekord 2014, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (2,4 cm)

Recenzja napisana także dla portalu literatura.juventum.pl