wtorek, 17 listopada 2015

Posłuchaj, a zrozumiesz...

Tytuł: Playlist for the Dead
Autor: Michelle Falkoff
Wydawnictwo: Feeria Young


Byliście najlepszymi przyjaciółmi przez lata. Poznaliście się wtedy, kiedy właśnie najbardziej potrzebowałeś drugiej osoby, bratniej duszy, która ciebie zrozumie. I nagle... koniec. Ostatnia impreza, ostatnie "do jutra". Ale jutra nie będzie...



Sam już wie, jakie to uczucie, gdy traci się najbliższą sobie osobę. Zwłaszcza, kiedy ta osoba, nie zostawia po sobie nic, a jedynie playlistę z dołączoną karteczką: "Dla Sama - posłuchaj, a zrozumiesz.". I nagle wszystko, co ci zostaje, to wspomnienia po przyjacielu i ta zbitka piosenek.



Jak na nowo odbudować sobie życie, po tak wielkiej stracie? Jak zrozumieć, co stało się po owej, nieszczęśliwej imprezie?



Michelle Falkoff jest autorką zaledwie jednej powieści, ale za to takiej, która już na portalu goodreads została przyrównana do takich lektur jak Charlie Stephena Chbosky'ego czy Cudowne tu i teraz Tima Tharpa.


Są różne rodzaje straty. Ludzie tracą rzeczy materialne, na których im zależy i po których stracie długo nie mogą dojść do siebie. Jednak te najbardziej bolesne, to te, które związane są silnie z naszym życiem i uczuciami - straty bliskich nam osób. One bolą najbardziej, bowiem mamy świadomość, że nie ważne, jak bardzo byśmy się starali nie uda się ich przywrócić/naprawić/zamienić. Właśnie taką lekcję dostał od życia Sam. I z taką lekcją musiał sobie poradzić - polegając wyłącznie na jednej składance.


"Przez ostatnie kilka dni na zmianę za nim tęskniłem i nienawidziłem go, czułem się winny i zdruzgotany – właściwie nie wiedziałem, jak powinienem się czuć, oprócz tego, że jakoś inaczej."

Powiem Wam szczerze, że dawno nie czytałam zarazem tak dołującej, jak i przywracającej do życia książki. Jakoś w natłoku dystopii/romansów/młodzieżówek, zgubiłam gdzieś takie perełki, która zostawiłyby po sobie coś więcej, niż tylko radość z czytania samej historii. Uważam, że z całą pewnością, do powieści, o których długo nie można zapomnieć należy książka Michelle Falkoff. I to nie tylko przez jej uniwersalny przekaz, ale także dlatego, że po jej lekturze człowiek nabiera zupełnie innego spojrzenia na sprawy życia i śmierci.

Jedna myśl, która kiełkowała mi w głowie podczas trwania całej książki to była świadomość faktu, że jednego wieczora przyjaciel Sama - Hayden, był tak żywy i normalny, jak to tylko możliwe. A już niecałe 12 godzin później, jego serce przestało bić, krew przestała płynąć w żyłach, zostało tylko ciało Haydena, ale nie było już samego Haydena. To jest to, co niejednokrotnie uświadamiają mi książki pokroju tej autorstwa pani Falkoff i to, co zawsze jest ważną lekcją dla człowieka - śmierć potrafi być spodziewana, ale również nagła i brutalna. Bo nigdy nie wiadomo, kiedy się zjawi.



Cała powieść kręci się wokół tego tematu, wokoło próby rozwiązania problemu - co tak naprawdę się stało? Co stało się owej pechowej nocy po imprezie? Co doprowadziło do tego, że następnego dnia Sam klęczał nad zwłokami Haydena, zamiast jak zwykle, gadać z nim o zespołach, chodzić po centrum i grać w gry na komputerze? Trudne tematy samobójstwa, poczucia porażki i głębokiej straty, która zdaje się nie mieć ukojenia, to to, co charakteryzuje powieść pani Falkoff i to, co na długo pozostanie w głowie i w sercu. Bo uważam, że niektórych powieści, a przede wszystkim tematów w nich poruszanych, po prostu nie da się zapomnieć.

Gdybym mogła jednym, jedynym słowem opisać głównego bohatera, to z pewnością bez wahania użyłabym słowa: zdeterminowany. Tak, jak zdeterminowanym można się stać, gdy próbuje się rozgryźć zagadkę tajemniczej śmierci przyjaciela, jak zdeterminowanym można się stać, gdy próbuje się ułożyć sobie życie na nowo po owej stracie. Bez wątpienia, Sam był dobrym przykładem na to, jaki potrafi być najlepszy przyjaciel. Nawet po śmierci bliskiej osoby, zadaje sobie trud, by ją zrozumieć i odkryć prawdę na jej temat. Z pewnością pokochacie tego bohatera tak samo, a oby jeszcze bardziej niż ja. Po prostu tak musi się stać.

Myślę, że trudno mi jednoznacznie ubrać słowa wszystkie moje emocje i odczucia, które pozostawiła za sobą ta książka. Owszem, jest to powieść młodzieżowa, a więc napisana językiem prostym, miejscami slangowym. A jednak w tej prostocie tkwi coś, co bardzo mnie poruszyło, bo dzięki temu właśnie "Playlist for the Dead" pozostanie w pamięci na dłużej, jako jedna z tych książek, które coś wnoszą w nasze myśli i odczucia, a nie jedynie pozostawiają czytelnika z uczuciem, wcześniej już wspomnianej, dobrej historii.

Komu zatem polecam powieść? Wszystkim, którzy na krótką chwilę tracą grunt pod nogami i chcieliby go odzyskać. Pomimo początkowego negatywnego oddźwięku książki, uważam, że jej finalne przesłanie jest otwarte, i każdy z nas może je interpretować na swój sposób. To ciekawa, dotykająca ważnych problemów - samobójstwa, utraty najbliższych, a nawet zdrady, książka, która zdecydowanie zasługuje na chwilę uwagi. Proszę, wybaczcie mi chaotyczność tej recenzji, ale emocje, towarzyszące mi przy lekturze trochę mnie poniosły :) Mam nadzieję, że mimo wszystko da się czytać te moje wypociny!

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria Young!

P.S. Książkę można nabyć w księgarni Empik.com - TUTAJ :)

niedziela, 15 listopada 2015

Zapowiedzi książkowe na listopad 2015

Listopad już trwa w najlepsze, a dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą, jakie śliczne premiery miały już, lub dopiero będą miały swoją premierę, zapraszam na zapowiedzi listopadowe :)

sobota, 14 listopada 2015

Podsumowanie października 2015

Październik był miesiącem absolutnie niesamowitym. Czemu? Z prostego powodu - odbyło się największe święto książkoholików, czyli Targi Książki w Krakowie! <3 Więcej na ten temat znajdziecie we wtorkowej relacji, a tymczasem przejdźmy do podsumowania miesiąca.

źródło
Jak było książkowo?

Niestety, bardzo słabo. Serio, 3 książki w skali miesiąca to mało. Na szczęście grudzień zbliża się wielkimi krokami, a wraz z nim przerwa świąteczna, także pozostaje nam tylko czekać :) Wracając jednak do lektur październikowych, pierwszą z nich była Plaga samobójców Suzanne Young [recenzja] - dosyć dobra dystopia, idealna dla młodzieży. Później przyszedł czas na Endera Lissy Price [recenzja], czyli wyczekiwaną kontynuację Startera. Po całość relacji zapraszam do recenzji :) Na koniec przyszedł czas na Aplikację Lauren Miller [recenzja], czyli trochę technologii w dystopii. Połączenie ciekawe, z czystym sercem mogę polecić książkę wszystkim, którzy szukają lektury pełnej dynamicznej fabuły powieści na jeszcze jesienne wieczory.

Jak było filmowo/serialowo?


Obawiam się, że niestety nie poprawiłam się w ilości obejrzanych filmów/seriali. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko fakt, że czasu nawet na porządną lekturę zdecydowanie mi brakowało, a co dopiero na oglądanie :( Obejrzałam jednak 1 odcinek 2 sezonu iZombie - oczywiście na resztę już brakowało chwili wolnego xD Wrażenie jednak jak najbardziej pozytywne, a recenzja będzie dotyczyła całego sezonu.


Ciekawe brzmienia w tym miesiącu?


W październiku potrzebowałam jakiejś weselszej odmiany, czegoś, co pozwoliłoby oderwać na chwilę myśli od problemów, dlatego poniżej parę kawałków, które, mam nadzieję, przydadzą się także w listopadzie.









Totalny miks gatunkowy, ale czasami i tak trzeba :D

Miłego słuchania, zapraszam też do czytania i komentowania zeszłomiesięcznych postów na blogu :) Trzymajcie się ciepło, nawet mimo tej parszywej pogody za oknem i miłego, zaczytanego listopada!

Natalia :*

środa, 11 listopada 2015

Relacja z Targów Książki w Krakowie 2015

Cześć wszystkim!


Myślę, że z całą pewnością zasługuję na tytuł największego leniucha w blogosferze :P Serio, relacja ponad dwa tygodnie po Targach? No ale cóż, październik i listopad to niezwykle zabiegane miesiące, co też udowodniłam ilością publikowanych w minionym miesiącu postów :( Miejmy nadzieję, że im bliżej Świąt, tym (jakimś cudem, na który liczę) moja ilość wolnego czasu wzrośnie, a, co za tym idzie, chęć do pisania recenzji i postów również. Tymczasem zapraszam Was na post, na który co poniektórzy bardzo czekali (jeśli właśnie to czytają, to cieszę się, że się doczekali), a tych, którzy trafili na niego przypadkowo, zapraszam do przeczytania tej jakże szczegółowej relacji z najbardziej wyczekiwanego przez mnie wydarzenia przez cały rok.

niedziela, 8 listopada 2015

Gdy rozpoczyna się krwawa wyliczanka...

Tytuł: Pustułka
Autor: Katarzyna Berenika Miszczuk
Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Foksal/W.A.B

Spyropoulosowie są wyjątkowo ekscentryczną i skrywającą wiele sekretów rodziną. Nic więc dziwnego, że ich pojawienie się na odciętej od świata, rajskiej wyspie zwiastuje wiele - niekoniecznie dobrego...
Wszystko zaczyna się, kiedy nad cieszącą się dotąd piękną pogodą Wyspą Ptaków pojawiają się ciemne, burzowe chmury. Niemal wraz z nastaniem brzydkiej pogody, okazuje się, że na wyspie, liczącej jedynie jedenastu mieszkańców zaczyna grasować morderca. Kłamstwa i rodzinne sekrety zaczynają wychodzić na wierzch, a niebezpieczeństwo czai się na każdym kroku. Kto odpowiada za zbrodnie? Czy uda się odkryć winowajcę, zanim będzie za późno?

Katarzyna Berenika Miszczuk to polska pisarka, która debiutowała powieścią Wilk w 2006 r. Kontynuacja powieści pojawiła się na rynku w 2009 r. i nosiła tytuł Wilczyca. Prawdziwy rozgłos przyniosła jej diabelska trylogia, w której skład wchodzą Ja, diablica (2010), Ja, anielica (2011), Ja, potępiona (2012). Autorka w 2013 roku ukończyła Uniwersytet Medyczny, a jej kryminalny debiut, czyli Pustułka ukazał się na rynku 3 czerwca tego roku.

Do książek tej autorki za każdym razem podchodzę z wielkim entuzjazmem, od kiedy parę lat temu zakochałam się w jej debiutanckim Wilku i Wilczycy. Mimo że były to książki typowo młodzieżowe, to w pewien sposób autorka przekonała mnie do siebie humorem pozycji i faktem, że czytało się ją bardzo lekko i przyjemnie. Zabierając się za Pustułkę byłam niesamowicie ciekawa, co tym razem pokaże nam autorka. Biorąc pod uwagę tematykę pozycji, zapowiadał się naprawdę ciekawy, pełen napięcia kryminał - jak pani Miszczuk poradziła sobie z zadaniem, jakiego się podjęła?

Bez wątpienia, Pustułkę już na wstępie zaliczyć można do jednego z oryginalniejszych kryminałów, jakie możemy spotkać na rynku. Zarówno pod względem tematyki, jak i rozwiązań wielu wątków, którymi autorka nie raz zaskakiwała czytelnika. Przede wszystkim jednak, spodobał mi się pomysł osadzenia miejsca akcji na rajskiej wyspie, chętnie kojarzonej przez wielu z miejscem odpoczynku, relaksu, bardziej, niż z miejscem zbrodni. Pomysł na to, aby zburzyć stereotyp idylli, jaka zwykle panuje w takim miejscu okazał się strzałem w dziesiątkę, bo kto by przypuszczał, jakie zbrodnie dzieją się na odciętej od świata, (niemal) wiecznie słonecznej Wyspie Ptaków? Tymczasem, jak to sprytnie ujęto na okładce, nie zawsze idealnym miejscem na zbrodnie jest cicha uliczka, pozbawiona świateł...

Tak samo mocno zaskoczył mnie dobór bohaterów, który okazał się na tyle trafny, że od początku do końca nie sposób zgadnąć, kto, wśród jedenastu mieszkańców Wyspy Ptaków jest wspomnianym wyżej, krwiożerczym mordercą. Już sam fakt, że rodzina Spyropoulosów skrywa wiele tajemnic i sekretów, w większości takich, które nie powinny nigdy ujrzeć światła dziennego, ciekawił czytelnika niezmiernie, a w miarę odkrywania zawiłości rodowych, coraz bardziej można było zatracić się w powieści. Zdecydowanie, na moją pozytywną ocenę, wpłynął także fakt, że każdy z bohaterów miał wyraźnie nakreślone cechy charakteru, które szczególnie uwydatniały się podczas trwania akcji powieści. Jednocześnie, pani Miszczuk wykreowała ich na tyle sprytnie, że każdy z nich tak naprawdę miał motyw i mógł być potencjalnym sprawcą zbrodni.

Akcja powieści jest niesamowicie dynamiczna, pełna niespodziewanych zwrotów i niekonwencjonalnych rozwiązań. Dodatkowo, dzięki trzecioosobowej narracji, czytelnik ma szansę poznać rozwój wypadków z perspektywy wielu bohaterów, jednocześnie nie poznając uprzednio zakończenia historii. Muszę przyznać, że jestem pełna podziwu dla autorki, której udało się tak świetnie poprowadzić fabułę i wymyślić przekonujące, świetnie pasujące do historii zakończenie. Co prawda, miałam wrażenie, że pani Miszczuk nieco je skróciła, jako że książka skończyła się dość niespodziewanie. Mimo wszystko jednak, jak na pierwszy kryminał tej autorki, jestem zdania, że poradziła sobie świetnie i tylko pozostaje nam czekać, jak kolejne jej książki ponownie znajdą się na listach bestsellerów.

Pustułka jest zaskakującą, trzymającą w napięciu, napisaną wciągająco i niesamowicie przekonująco powieścią, w którą powinien się zaopatrzyć każdy szanujący się miłośnik kryminałów. Jestem pewna, że podobnie jak ja będziecie wraz z bohaterami przemierzać wzdłuż i wszerz Wyspę Ptaków i przy akompaniamencie pokrzykiwań pustułek, próbowali dociec, kto jest tajemniczym mordercą.

Za książkę serdecznie dziękuję Portalowi Essentia i Grupie Wydawniczej Foksal


piątek, 6 listopada 2015

"Pójdziesz do papierowych miast i nigdy już nie powrócisz..."

Tytuł: Papierowe miasta
Autor: John Green
Wydawnictwo: Bukowy Las

Quentin Jacobsen, to osiemnastoletni chłopak, które nie wyróżnia się niczym spośród swoich rówieśników. Chodzi do liceum, ma normalną, kochającą rodzinę i dwójkę najlepszych kumpli. A sensem jego życia jest niejaka Margo Roth Spiegelman. Dziewczyna, w której Q zakochał się już w dzieciństwie, kiedy byli przyjaciółmi, a z którą stopniowo tracił kontakt od czasu, kiedy zaczęli dorastać. Jego uczucia względem Margo nigdy się jednak nie zmieniły i kiedy pewnego wieczoru, dziewczyna przychodzi do Q w stroju nindży, jednocześnie chcąc go namówić na nocną wyprawę, chłopak decyduje się towarzyszyć Margo. Następnego ranka, po powrocie z "misji" okazuje się, że dziewczyna znika. Q, zaniepokojony o nią, rozpoczyna poszukiwania, podczas których dowie się, że nie wszystko jest takie, jakim się wydaje, a ludzie potrafią być zupełnie odmieni od naszych wyobrażeń...

Słysząc nazwisko John Green, niemal oczami wyobraźni widzimy empikowe półki z bestsellerami, na których, niczym jedna wielka armia, stoją po kolei wszystkie dzieła autora. Co tu dużo mówić - ten autor zdecydowanie należy do jednego z najbardziej rozpoznawalnych pisarzy literatury młodzieżowej, a jego książki cechuje nieprawdopodobna ilość humoru i życiowych refleksji, zwłaszcza tych związanych z dorastaniem, przemijaniem, przyjaźnią i miłością. Myślę też, że wielu z nas zdaje sobie sprawę, że kto raz zaczął przygodę z książkami Pana Zielonego, zawsze ją kończy, niezależnie od tego, czy ta podróż rozpoczęła się z pozytywnym czy z negatywnym skutkiem. Jeśli o mnie chodzi, zdecydowanie padło na to pierwsze, bo Gwiazd naszych wina do tej pory dumnie prezentuje się na półce i nie zanosi się na to, żeby szybko z niej zniknęło. Papierowe miasta zacząć więc musiałam, no bo przecież całą kolekcję książek tego autora zebrać trzeba i koniec. Jaki okazał się skutek kolejnej przygody z John'em Green'em - pozytywny czy negatywny?

Są takie książki, które czyta się trochę pod presją otoczenia i znajomych, którzy to pod niebiosa zachwalają pozycję, a my czytamy parę stron, kręcimy nosem, uśmiechamy się do "zachwalających", kiwając głową, chociaż tak naprawdę myślimy "co w tym takiego świetnego?". Ale czytamy dalej, bo może im bardziej wkręcimy się w historię, tym ciekawsza, bardziej złożona nam się wyda. I jest dobrze, kiedy tak się stanie. Gorzej, kiedy do skończenia książki pcha nas jedynie nadzieja na to, że będzie lepiej. A finalnie i tak okazuje się, że lepiej nie było. Właśnie takim typem książki okazały się "Papierowe miasta" i czuję się dziwnie, gdy pośród tylu peanów pochwalnych napiszę - niestety, ale tym razem, jeśli o moje oczekiwania względem lektury chodzi, pan Green zdecydowanie się nie popisał.

Historia Margo i Quentina, to historia rodem z wielu młodzieżówek, jednak, co ciekawe, wcale nie to jest największym minusem powieści. Mimo wszystko, miałam nieodparte wrażenie, że Papierowe miasta to taka trochę bardziej nieudolna wersja Szukając Alaski. Zbuntowana dziewczyna, w której zakochuje się nieśmiały, aczkolwiek wyjątkowy (pod względem charakteru oczywiście) chłopak. I na ich drodze stają różnorodne komplikacje do tego, by być razem. Tyle tylko, że finał obu tych historii jest trochę inny. Brzmi podobnie? Dla mnie bardzo.

"Tak trudno jest odejść - dopóki się nie odejdzie. A wówczas to najłatwiejsza rzecz pod słońcem."

Kolejnym minusem powieści był fakt, że przez znaczną część trwania akcji... tak naprawdę akcji nie było. A przynajmniej ja odniosłam takie wrażenie. Tak jak poprzednie książki autora, były wypełnione wielką ilością humoru, życiowych refleksji i przemyśleń, które rekompensowały czytelnikowi znaczny brak wartkiej fabuły, tak w Papierowych miastach zabrakło tego "greenowskiego" sposobu pisania, więc, mówiąc krótko, po prostu wynudziłam się podczas lektury.

Bohaterowie powieści, jak zwykle oryginalni i nietuzinkowi, stanowili chyba najciekawszy element lektury. Q, który z natury był raczej chłopakiem przeciętnym i nie szukał rozgłosu, idealnie nadawał się na narratora powieści - cichy, można powiedzieć, że całkiem skryty, ale jednak czujny obserwator, który uważnie śledzi poczynania innych. Poza tym, był świetnym przyjacielem, a fakt, że biorąc pod uwagę wiek, myślał nad wyraz dojrzale, tylko sprawiała, że trudno było nie odczuwać w stosunku do niego naturalnej sympatii.

Margo natomiast, mimo iż miejscami była postacią intrygującą, ze względu na charakter, ale także zachowanie, potrafiła także być niezwykle irytująca, zwłaszcza wtedy, kiedy miałam wrażenie, że robi wszystko dokładnie tak, aby skomplikować życie dosłownie wszystkim. Po skończeniu lektury, doszłam jednak do wniosku, że mimo wszystko, jak to bohater literacki, miała swoje wady i zalety, na pewno natomiast była wykreowana bardzo realistycznie, co sprawiło, że miejscami łatwo było się z nią utożsamiać i rozumieć jej wybory, czasami zaś, czytelnik mógł odczuwać jedynie irytację, jeśli chodzi o jej nieprzemyślane zachowanie.

"Margo zawsze kochała tajemnice. [...] Nigdy nie opuszczała mnie myśl, że być może kochała je tak bardzo, że sama stała się tajemnicą."

Zakończenie powieści, jak przeczuwałam, odbyło się w typowo "greenowskim" stylu, czyli przepełnione było refleksjami i melancholią, a także niewyjaśnionymi sprawami. Muszę jednak przyznać, że biorąc pod uwagę całość, to chyba właśnie to zakończenie spodobało mi się najbardziej i znacznie podwyższyło moją opinię o książce. I mimo że pozycja raczej nie zalicza się do grona moich książkowych ulubieńców, to ostatnie strony z ich może nieco trudnym do zrozumienia, ale jednak prawdziwym przesłaniem pokazały, że John Green przemycił nieco swoich refleksji do tej powieści, ukazując ją, chociaż przez chwilę, w trochę innym świetle.

"Każdy z nas zaczyna życie jako wodoszczelny okręt. Ale potem przydarzają się nam różne rzeczy - ludzie nas opuszczają albo nas nie kochają, albo nas nie rozumieją, albo my ich nie rozumiemy, więc tracimy, przegrywamy i ranimy się wzajemnie. I okręt zaczyna miejscami pękać. No, a kiedy okręt pęka, koniec staje się nieunikniony."

Mimo że Papierowe miasta nie mogą się nawet równać fenomenowi Gwiazd naszych wina, to w pewnym stopniu jednak je przypominają. Niestety, mam nieodparte wrażenie, że z każdą przeczytaną książką tego autora, jest tylko gorzej, co każe mi przypuszczać, że albo ja wyrastam powoli z tego typu powieści (czego bardzo sobie nie życzę, ale cóż poradzić?) albo po prostu ta książka jest wybitnie słaba (oby nie to drugie). Tak czy inaczej, historia Margo i Q nie zaskoczyła mnie w stopniu, w jakim spodziewałam się, że jest w stanie mnie zaskoczyć, biorąc pod uwagę opis i pozytywne opinie. Nie będę jednak zniechęcać Was do lektury, bo mam wrażenie, że Papierowe miasta to książka na tyle specyficzna, że jedni ją wielbią i chwalą pod niebiosa, drudzy kręcą nosem i mówią zdecydowane "nie", a trzeci (w tym ja), którym historia średnio się podobała, nie potrafią stwierdzić co tak konkretnie było w niej aż takiego złego. Jednak coś było na rzeczy i dlatego, jeśli o mnie chodzi, do lektury Papierowych miast prawdopodobnie nie wrócę.

"Świat pęka w szwach od ludzi, a każdego z nich możemy sobie wyobrazić, tylko że nieodmiennie tworzymy sobie o nich niewłaściwe wyobrażenia."

czwartek, 5 listopada 2015

O metodzie prób, błędów i TEGO

Tytuł: Will Grayson, Will Grayson
Autor: John Green, David Levithan
Wydawnictwo: Bukowy Las

Dwóch Will'ów Greyson'ów do tej pory wiodło w miarę normalne życie z dala od siebie. Jednak pewnego dnia, ich ścieżki się krzyżują i to w całkiem nieoczekiwany sposób. Tak, dwóch nieznajomych o tym samym imieniu i nazwisku, zaczyna wieść nowe, idące w nieznanym kierunku życie. Życie, podczas którego Will pierwszy oraz Will drugi nauczą się, co tak naprawdę znaczy miłość i przyjaźń, oraz poświęcenie dla drugiej osoby.

"Interesujesz się kimś, kto nie może odwzajemnić twoich uczuć, bo nieodwzajemnioną miłość łatwiej przeżyć niż odwzajemnioną."

Myślę, że nie trzeba przedstawiać ani John'a Green'a ani Davida Leviathana żadnemu z Was - obaj pisarze to autorzy książek młodzieżowych, znanych i cenionych bestsellerów. I mimo że to raczej ten pierwszy zyskał w Polsce dużo większą popularność, to dość spory sukces powieści Każdego dnia pana Leviathana także mówi sam za siebie. Zaczynając lekturę, myślałam jedynie, że skoro każdy z nich osobna jest tak świetnym pisarzem, to co też może wyjść z połączenia pracy tej dwójki autorów? Okazuje się, że dzieło, które nijak kojarzy nam się z twórczością jednego bądź drugiego, a raczej z tanią historyjką dla młodzieży, która zdecydowanie nie przypadła mi do gustu.

"[...] masz wpływ na wybór swoich przyjaciół, masz wpływ na kształt swojego nosa, ale nie masz wpływu na kształt nosa swoich przyjaciół."

Co jest takiego złego w Will Grayson, Will Grayson? Z pozoru przecież, zapowiada się na świetną, oryginalną, emocjonalną pozycję, którą koniecznie trzeba mieć na swojej półce. Pamiętam radość, kiedy owa lektura trafiła w me ręce, bowiem nie tylko opis ogromnie skłaniał mnie do sięgnięcia po książkę, ale i świetna okładka, idealnie dopełniająca cykl "greenowskich" powieści, jak zwykle śliczna i oryginalna. Czar prysł jednak, kiedy po kilkunastu stronach książki po prostu nie byłam w stanie wciągnąć się w historię, niemal licząc strony, które pozostały mi do końca powieści.

Po lekturze, najpierw Papierowych miast, a następnie Willa Graysona, Willa Graysona nabrałam wątpliwości nie tylko dotyczące dalszej twórczości pana Zielonego, ale również Davida Leviathana, który już drugi raz rozczarował mnie swoją powieścią. Nie jestem pewna, co jest takiego irytującego w jego stylu pisania - czy wrażenie schematyczności, niemal nudy, które czuć już od momentu wprowadzenia jego postaci, czy słaby warsztat, jaki autor posiada, jednak zdecydowanie jego książkom czegoś brakuje, i to czegoś istotnego. Coraz bardziej dochodzę do wniosku, że przede wszystkim praktyki w pisaniu, bo to, co trzeba Leviathanowi oddać, to pomysł i potencjał, którą czuć zarówno w Każdego dnia, jak i w Willu Graysonie, Willu Graysonie. Obawiam się jednak, że i jedno i drugie nie zostało jeszcze ani razu w stu procentach wykorzystane.

Nie ukrywam jednak, że w mojej opinii, obaj autorzy wybrali sobie naprawdę ciężkie tematy do przedstawienia, i może to był właśnie problem tej powieści? Wydaje mi się, że i Green i Leviathan po prostu nie podołali poprzeczce, jaką sobie postawili. Bowiem przedstawienie miłości, w różnych jej odcieniach (również tych homoseksualnych) wbrew pozorom nie należy do łatwych zadań, w szczególności, jeśli chcemy wpleść taki temat w fabułę powieści. I to w dodatku powieści YA, a więc takiej, która ma za zadanie przekazać nastolatkom ważne wartości, którymi powinni kierować się w życiu.

"Nie ma w tym nic obraźliwego. To po prostu cecha. Niektórzy są gejami, a niektórzy mają niebieskie oczy."

Jeśli zaś chodzi o samą fabułę powieści, to mimo że dość skomplikowana i skłaniająca do refleksji, niestety nie wciągnęła mnie i nie poruszyła na tyle, bym po lekturze powieści stała się bogatsza w jakiekolwiek przemyślenia. Pewna schematyczność lektury także mówi sama za siebie. Mam wrażenie, jakby to była powtórka z rozrywki, a więc ponowne wałkowanie tych samych tematów, które były zawarte w Papierowych miastach i Szukając Alaski. I o ile ta ostatnia bardzo mi się spodobała, ze względu na jej, oryginalny wówczas charakter, tak już kolejne powieści spod pióra pana Green'a były coraz gorsze, niestety. A szkoda, bo w Willu Graysonie, Willu Graysonie pokładałam naprawdę ogromne nadzieje.

Mimo wszystko, książka nie składała się jedynie z samych negatywnych aspektów. Warto było przebrnąć przez te niemal 300 stron, by doczekać bardzo emocjonalnego finału, który, co przyznam bez bicia się, powalił mnie na kolana i pozwolił ujrzeć historię (chociaż na chwilę) w trochę jaśniejszym świetle. Wspomniany w oryginalnym opisie "szalony i spektakularny musical", rzeczywiście był emocjonalną bombą, na którą czekałam całą powieść, a więc trochę za długo. Nie uratował on co prawda powieści, ale sprawił, że nie spisałam jej całkowicie na straty.

O bohaterach książki niewiele mogę powiedzieć, być może dlatego, że żaden z nich nie przykuwał szczególnej uwagi i nie był typem postaci, którego z chęcią wyjęłabym żywcem z książki i sprowadziła do realnego świata, jak to często zdarzało się w przypadku innych powieści Green'a. Jednak, chyba najbardziej oryginalną postacią był Cooper, który, chociaż z początku mało wyrazisty, z czasem coraz bardziej intrygował i rozśmieszał, stanowiąc bardzo ciekawą postać. Przez wiele cech, które co prawda różniło go od innych swoich rówieśników, ale jednocześnie czyniło jeszcze bardziej zabawną postacią, po prostu zżyłam się z jego tekstami i cudownym stylem bycia. Świetna, barwna osoba, która zdecydowanie nadawała książce nieco bardziej pozytywnego akcentu.

Mimo paru plusów książki i tych jej "jaśniejszych" stron, wciąż jednak obstawiam przy mojej negatywnej ocenie względem powieści. Will Grayson, Will Grayson to chyba jedno z największych rozczarowań książkowych w tym roku - zapowiadała się lektura, jakiej nie zapomnę przez całe życie i w sumie, tak się stało, chociaż w negatywnym tego słowa znaczeniu. Dawno bowiem tak bardzo nie wymęczyłam jakiejś powieści i dawno nie czułam tak przemożnej ochoty, by zamknąć książkę, odłożyć ją na półkę i nigdy do niej nie wracać. Naprawdę żałuje, że tym razem Green i Levithan zawiedli na całej linii, bo liczyłam, że z połączenia twórczości dwóch, tak znanych i cenionych pisarzy wyjdzie wielka emocjonalna bomba. Niestety, tak się nie stało i dlatego odradzam lekturę tej książki - chyba, że macie ochotę na banalną, do bólu schematyczną historię.